Ten wspaniały smartfon

Jako jedyna w naszej rodzinie nie posiadam smartfona. Do codziennego użytku w zupełności wystarcza mi zwykły telefon komórkowy na przyciski.
Kiedy u nas w domu pojawił się pierwszy smartfon, nie wzbudził on mojego entuzjazmu. Drażniło mnie to, że ciągle włącza mi się coś, czego nie zamierzałam włączyć, „sam wybiera się” numer osoby, do której nie chciałam zadzwonić, albo obraz na wyświetlaczu nagle odwraca się o 90 stopni. Poza tym nie potrzebuję w komórce tysiąca funkcji i aplikacji. Z internetu korzystam tylko w domu, ale gdybym jednak miała potrzebę posłużyć się, którąś z funkcji smartfona, zawsze mogę sięgnąć po telefon męża.

Bo Paweł, w przeciwieństwie do mnie, uwielbia wszelkie nowinki techniczne i jak większość dużych chłopców może godzinami eksplorować możliwości swojego mobilnego urządzenia 😉 Odkrył w nim kilka przydatnych funkcji, o których opowiem za chwilę. Dzięki Pawłowi sama trochę zaczęłam orientować się w tajnikach funkcjonowania smartfonów. Okazało się to pożyteczne, gdyż nieraz pomogłam moim koleżankom z pracy, gdy miały jakiś problem ze swoim telefonem. Zaczęłam doceniać komórkę Pawła również z innego powodu; stała się dla niego bardzo pomocnym przyrządem, który nie tylko umila mu samotnie spędzany czas, ale także ułatwia niektóre czynności.

Kiedy wszyscy domownicy wychodzą do pracy i na zajęcia, Paweł zostaje sam w domu przez kilka godzin. Siedzi przy stole i praktycznie nie ma możliwości zmiany miejsca, ponieważ jego ręce są za słabe, aby poruszać wózkiem. Rozrywką podczas długich godzin jest oczywiście słuchanie z telefonu audiobooków, oglądanie filmików na YouTube, przeglądanie internetu,  czy słuchanie muzyki.

Dużym ułatwieniem dla Pawła jest funkcja czytania esemesów. Nie musi nic naciskać, nie musi wysilać wzroku, aby odczytać tekst wiadomości. Robi to za niego jego komórka, która sympatycznym kobiecym głosem czyta odebraną informację.  Zabawne jest odczytywanie przez smartfon emotikonów. Odkąd to usłyszałam, staram się zawsze w esemesach do Pawła na koniec podpisywać:      ”  Ania 🙂 ” Przychodząca do męża wiadomość brzmi wtedy: „Ania uśmiechnięta buźka”.

Drugą bardzo przydatną funkcją jest możliwość głosowego  wydawania poleceń. Wystarczy przy zaświeconym ekranie wymówić głośno magiczne zaklęcie 😉 „OK Google” i wtedy bez dotykania telefonu można zadzwonić lub wysłać esemesa do dowolnej osoby z książki telefonicznej. Funkcja ta pozwala również na  wyszukiwanie różnych informacji w wyszukiwarce Google, otwieranie aplikacji, czy uzyskiwanie wyników niektórych działań matematycznych.

Zdarzyło się kilka razy, że Paweł siedząc przy stole, przechylił się na wózku na bok i nie miał siły się podnieść. Nie mógł do nikogo zadzwonić, gdyż  był za daleko od telefonu i musiał  tkwić w tak niewygodnej pozycji, dopóki ktoś z domowników nie wrócił do domu. Odkąd odkrył funkcję głosowego wybierania numeru, zawsze w takich sytuacjach może powiadomić  osobę, która najszybciej jest w stanie mu pomóc. Musimy tylko pamiętać, aby przed wyjściem ustawić w telefonie brak wygaszania ekranu.

Wspaniały smartfon mojego męża stał się jego wiernym towarzyszem i asystentem. (A może asystentką? W końcu mówi kobiecym głosem ;))
Oto przykład „rozmowy” Pawła z jego automatyczną asystentką:

Paweł: Okay Google! Wyślij esemes.
Smartfon: Do kogo chcesz wysłać esemesa?
P: Do Ania
S: Ania, Anna F, czy Anna P?
P: Ania
S: Co chcesz napisać?
P: Czekam na Ciebie.
S: Rozumiem. Czy chcesz tę wiadomość wysłać, czy zmienić?
P: Zmienić
S: Co chcesz napisać?
P: Czekam na Ciebie z utęsknieniem.
S: Rozumiem. Czy chcesz tę wiadomość wysłać, czy zmienić?
P: Wyślij.
S: Okay. Wiadomość wysłana.

No i jak tu nie lubić smartfona mojego męża?

Ania uśmiechnięta buźka!

 

Wózek

W miarę pogarszania się stanu zdrowia Pawła widmo wózka, które kiedyś wepchnęłam do najgłębszych pokładów podświadomości, wyłaniało się co jakiś czas na powierzchnię. Zawsze powtarzałam Pawłowi, że nie wszystkich chorych na SM  czeka wózek, każdy choruje inaczej i również w jego przypadku możliwa jest ta pozytywna wersja. Sama mocno w to wierzyłam.

Paweł miał coraz większe trudności z poruszaniem się. Pamiętam, jak chodził z dwoma kulami: pokonanie kilku metrów wiązało się heroicznym wysiłkiem i trwało niemal wieczność. W dodatku coraz częściej pojawiały się zaburzenia równowagi i kilka razy zdarzyło mu się przewrócić. Lepszym rozwiązaniem stał się wówczas chodzik, najpierw trójkołowy, ale był zbyt lekki, więc kupiliśmy cięższy i bardziej stabilny czterokołowy. Chodzik miał tę zaletę, że posiadał przymocowaną ławeczkę, na której Paweł mógł przysiąść, gdy już nie miał siły iść dalej.

Tymczasem sił do chodzenia było coraz mniej. Paweł  często musiał korzystać z ławeczki i wtedy chodzik zamieniał się w „wozik”. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że konieczny jest już prawdziwy wózek inwalidzki.   Wydawało mi się, że dopóki Paweł nie będzie go używał, tak długo uda nam się oszukać chorobę i ocalić choć trochę „normalności”. Wózek jawił się w mojej głowie jako najgorsza rzecz, która może nas spotkać.

Aż wreszcie nadszedł dzień, kiedy Paweł usiadł na wózku.
Poznaliśmy Małgosię,  również chorą na SM, osobę pełną energii i bardzo pozytywnie nastawioną do życia. Pożyczyła nam swój stary wózek. Był ciężki i nieporęczny, ale mogłam zawieźć na nim Pawła  na spotkanie zorganizowane przez Małgosię. Niedługo potem kupiliśmy  pierwszy  wózek.

Przyzwyczajenie się do życia z wózkiem nie jest łatwe i zajmuje trochę czasu. Po ośmiu latach mogę spojrzeć na cały ten proces dużo bardziej chłodnym okiem.
Pamiętam, jak na początku Paweł mówił mi, że odkąd jeździ na wózku, jego poczucie wartości ogromnie zmalało. Jak długo trwało, zanim przestał myśleć w ten sposób? Nie wiem. Wiem, że moja rola w umacnianiu jego sił psychicznych jest niezbędna i nie ustaje do dziś.

Na początku nie zdawaliśmy sobie sprawy, że są różne wózki, lepsze i gorsze, i to jaki się wybierze, ma jakiekolwiek znaczenie. Pierwszy, który kupiliśmy, nie był najlepszej jakości. Wtedy nie wiedzieliśmy, na co należy zwrócić uwagę. Prawda jest taka, że jeśli człowiek spędza na wózku kilkanaście godzin dziennie, to musi czuć się na nim najlepiej jak się da. Wózek indywidualnie dostosowany kosztuje kilka tysięcy złotych.

Z jednej strony wózek umożliwił nam przemierzanie znacznie dalszych odległości niż wtedy, gdy Paweł ledwie chodził o kulach lub z chodzikiem. Z drugiej jednak pojawiły się nowe problemy: jak pokonać schody oraz jak zmieścić wózek do samochodu. Wciąganie wózka po schodach nie było dobrym rozwiązaniem. Przy tej czynności  potrzebowałam kogoś do pomocy, najlepiej silnego mężczyznę, a przecież nie zawsze mogłam liczyć na to, że za każdym razem, gdy będziemy chcieli zejść czy wejść, ktoś taki będzie w pobliżu.
Obecnie mamy rozkładaną platformę schodową, ale trwało kilka miesięcy, zanim udało nam się przebrnąć przez wszystkie etapy związane z założeniem jej.

Do bagażnika samochodu, który teraz posiadamy, wózek ledwo  wchodzi. Choć muszę dobrze pogłówkować, jeśli chcę ułożyć w nim jeszcze inne rzeczy, to i tak nie jest źle, bo w naszym poprzednim samochodzie wózek w ogóle nie mieścił się w bagażniku.

Przesiadanie się z wózka do samochodu i na odwrót również sprawia nam na ogół trudności. No i konieczne jest zawsze szerokie miejsce na parkingu.

Już nie patrzę na wózek, jak na najgorszą rzecz, która przytrafiła nam się w życiu. Pewnie przyzwyczaiłam się do niego. Albo zdałam sobie sprawę, że są gorsze rzeczy na świecie.

 

Jak polubić rachunek prawdopodobieństwa?

Z dziesięciu podanych do egzaminu tematów student przygotował się tylko z jednego. Ma zatem 1 szansę na 10, że zda egzamin. Na chwilę przed losowaniem okazało się, że jedno pytanie zaginęło. Czy szanse studenta wzrosły, czy zmalały?

To zadanie cytowałem  zwykle studentom, rozpoczynając zajęcia z rachunku prawdopodobieństwa i prosiłem, aby bez obliczeń wskazali właściwą odpowiedź. Słuchacze głosowali przez podniesienie ręki, a ja wymyśliłem wówczas określenie „intuicja probabilistyczna grupy”. W tym przypadku intuicja może jednak zawieść, więc wskazane jest rozwiązanie tego zadania za pomocą prawdopodobieństwa warunkowego.

Ja sam będąc uczniem w szkole średniej, a następnie studentem nie znajdowałem nic pociągającego w rachunku prawdopodobieństwa. Gdy zacząłem uczyć, stanąłem przed problemem, jak dobrze wytłumaczyć swoim uczniom zagadnienia z tego działu, skoro nie czuję się w nim najlepiej. Szukałem różnych książek na ten temat, aż wreszcie znalazłem to, czego szukałem.

Kombinatoryka, prawdopodobieństwo i zdrowy rozsądek trudno nazwać typowym podręcznikiem, aczkolwiek w sposób jasny i przystępny tłumaczy wszystkie tajniki rachunku prawdopodobieństwa. Jego autorzy – Marek Zakrzewski i Tomasz Żak – unikają skomplikowanych zapisów formalnych, w zadaniach zaś często odwołują się do sytuacji z życia codziennego.  Przeczytanie tej książki okazało się przyjemnością, a co najważniejsze, dzięki niej mogłem zachęcić swoich uczniów do polubienia zadań z rachunku prawdopodobieństwa.

W rozdziale Permutacje i reguła mnożenia, autorzy przytaczają następującą historyjkę:

Czternaście osób jadało codziennie obiady przy podłużnym stole. Wszyscy zajmowali zawsze te same miejsca. Pewnego dnia siedzący na szarym końcu najmłodszy ze stołowników wystąpił z projektem, by miejsca zajmować za każdym razem inaczej, aż do wyczerpania wszystkich możliwych rozmieszczeń. Po obiedzie starszy pan, nauczyciel matematyki w gimnazjum, zaprosił młodego człowieka na kawę.

” – Więc pan chciałby przesadzać czternaście osób, co dzień w innej kolejności, aż do wyczerpania wszystkich możliwych kombinacji, czy tak?
– Tak jest, proszę pana.
– I co pan sądzi, jak długo będzie trwało, aż pan te wszystkie możliwe kombinacje wyczerpie?
– No, nie wiem… może nawet parę tygodni… ale musi być sprawiedliwość.
– Owszem, musi być – odrzekł fundator kawy i zaczął coś obliczać ołówkiem na marmurze stolika. Po paru minutach powiedział:
– Ale będzie to, panie drogi, trwało – niech pan słucha: dwieście trzydzieści osiem milionów osiemset czterdzieści cztery tysiące sześćset trzydzieści trzy lata.
Osłupiałem, myśląc, że mam do czynienia z wariatem.”

Matematyk oczywiście miał rację, aby się o tym przekonać wystarczy obliczyć 14!

Na koniec jeszcze jedno zadanie z cytowanej książki:

Z dwu urn jedna jest pusta, a druga zawiera 4 ponumerowane kule. Z trzeciej – dodatkowej urny – losujemy ze zwracaniem kartki z numerami kul. Kulę o wylosowanym numerze przekładamy z jednej urny do drugiej. Jakie jest prawdopodobieństwo, że po 4 losowaniach w obu urnach będą po 2 kule?

Dobre strony niepełnosprawnego męża

Znajdowanie pozytywnych stron w każdej sytuacji, to znana i sprawdzona  metoda radzenie sobie z problemami.  I choć jej stosowanie nie jest łatwe, to jednak optymistyczne spojrzenie pozwala nabrać dystansu do trudnych spraw oraz pomaga szybciej pokonać kłopoty. Zmagając się z różnymi zmartwieniami, warto pamiętać, że bardzo często przydatnym orężem w walce  z nimi są żart i poczucie humoru. Dlatego śmiejmy się  codziennie, nie tylko w prima aprilis.

Pięć plusów niepełnosprawnego męża (z mojego punktu widzenia)

😉 Zawsze mam go na oku i  nie muszę się obawiać  żadnych skoków w bok ani niekontrolowanych wyjść z kumplami na piwo.

😉 Czeka na mnie w domu z ogromnym utęsknieniem i zawsze bardzo się cieszy z moich powrotów.

😉 Jeśli chcę, by zwrócono na mnie uwagę, wystarczy zabrać ze sobą męża i mam gwarancję, że wszyscy nas zapamiętają. Mój mąż zdecydowanie wyróżnia się w tłumie.

😉 Niepełnosprawny mąż uwalnia pokłady ludzkiej życzliwości. Kiedy jesteśmy poza domem, zawsze spotykamy się z pomocą i sympatią innych osób. Dzięki  mężowi nie tracę wiary w ludzi, a to pomaga zachować optymizm.

😉 Dzięki mojemu mężowi nie muszą chodzić na siłownię. Codziennie w domu mam niezły trening, a efektem jest dobra kondycja i szczupła sylwetka.

Na koniec kilka dowcipów małżeńskich:

Żona uspokaja męża, który ma depresję i grozi samobójstwem:
– Kochanie, przecież masz po co żyć! Auto niespłacone, meble niespłacone, a dom ledwie w połowie!

W sypialni żona mówi do męża:
– Przestań się wiercić i śpij wreszcie!
– Ta mucha jest nieznośna.
– Ale przecież już dawno ją złapałeś
– Tak, ale teraz nie mogę oderwać myśli od bzykania.

Lekarz pyta nieco zdziwiony:
– Nie zauważyła pani, że mąż miał zawał?
– Nie – odpowiada żona – ale trochę mnie zdziwiło, kiedy po dwudziestu pięciu latach naszego małżeństwa po raz pierwszy szepnął do mnie: „Aniu, moje serce.”

Palcem po mapce

Lubimy dostawać pocztówki – mapki. Oprócz zaznaczonych nazw miejscowości często znajdują się na nich symboliczne obrazki, które informują o charakterystycznych dla danego miejsca zabytkach, różnych obiektach,  tradycjach i zwyczajach. Wodząc palcem po kolorowej mapce, możemy czuć się jak turyści planujący swą dalszą podróż. Oto kilka pocztówek tego typu:

To pierwsza pocztówka w formie mapki, którą dostaliśmy. Christina napisała, że mieszka razem ze swoim chłopakiem w miejscowości  Mönchengladbach położonej pomiędzy Düsseldorfem, Kolonią (Köln)  i Akwizgranem (Aachen), a jej rodzina w oddalonym o 250 km mieście niedaleko Frankfurtu.

Postcrosserka  Anika, która napisała do nas pocztówkę, pochodzi z miasta Graz, położonego w południowo-wchodniej Austrii. Nie wiedziałam, że jest to drugie po Wiedniu miasto pod względem wielkości i znaczenia. Na dole pocztówki umieszczone są herby dziewięciu krajów związkowych, które wchodzą w skład Austrii. Graz jest stolicą Styrii (Steiermark).

Rogaland to jeden z 19 okręgów, na które podzielona jest Norwegia. Nasza korespondentka Heidi  pochodzi z miasta Sandnes położonego w Rogaland  w południowo – zachodniej części kraju. W okolicy piękne krajobrazy: piaszczyste plaże, klify i oczywiście fiordy.

Na koniec dwie mapki z USA:

Alabama leży w południowo – wschodniej części kraju nad Zatoką Meksykańską. Jej stolicą jest Montgomery, a największym miastem Birmingham. To właśnie stąd pochodzi Ross, od którego otrzymaliśmy tę kartkę. Miasto jest ważnym ośrodkiem przemysłowym (głównie przemysł metalurgiczny i hutniczy) oraz naukowo – kulturalnym. Na mapce oprócz obrazków przy poszczególnych miastach, znajduje się również flaga Alabamy oraz symbole stanu: trznadel i  kamelia.

Mapka Oklahomy z zaznaczoną trasą słynnej Route 66. Droga 66 została otwarta w roku 1926 i przebiegała przez osiem stanów: od Illinois do Kaliforni. Jej długość wynosiła 2448 mil (3939 km). Zamknięta w 1985 r. obecnie stanowi atrakcję turystyczną. Nie wszystkie jej odcinki są przejezdne. Przez Oklahomę przebiega jeden z najdłuższych – 400 mil.

Rencista. Szkoda, że nie rentier!

Dziś otrzymaliśmy pismo z ZUS-u z decyzją o przyznaniu renty dla Pawła. Po dwudziestu pięciu latach chorowania i dwudziestu dwóch czynnej pracy zawodowej mój mąż został rencistą. Wiadomość ta nie wpłynęła na niego dobrze. Ja uważam, że przecież formalnie nic się nie zmieniło. Już od jakiegoś czasu nie pracował, więc czy ten papier ma jakieś znaczenie?

Zaraz po studiach Paweł rozpoczął pracę jako nauczyciel matematyki w szkole średniej. Na początku wyglądał tak młodo, że panie woźne kilka razy wzięły go za ucznia i kazały zmieniać obuwie. 🙂
Praca w szkole sprawiała mu przyjemność, lubił kontakt z młodzieżą, która również odpłacała mu sympatią, choć nie koniecznie lubiła się uczyć matematyki. 🙂 Podczas  pierwszych lat pracy choroba tylko nieznacznie dawała o sobie znać. Paweł miał problemy z chodzeniem po schodach, szczególnie podczas przerw, kiedy musiał lawirować w tłumie rozbieganych uczniów. Starał się zawsze iść po stronie poręczy, aby w razie potrzeby móc się przytrzymać.

Politechnika była jego drugim i ostatnim miejscem pracy. Od samego początku zetknął się tutaj z ogromną życzliwością zarówno ze strony przełożonych, jak i kolegów oraz innych pracowników. Postęp choroby był już bardziej widoczny; przy chodzeniu posługiwał się  laską, potem poruszał się o kulach, wreszcie zaczął używać balkonika. Zawsze, kiedy pojawiały się jakiekolwiek trudności, mógł liczyć na pomoc, czy to w doborze odpowiednio dostosowanych sal, czy dopasowaniu planu zajęć do jego możliwości (po południu Paweł miał mniej siły, dlatego wolał zajęcia rano), czy w innych sytuacjach. Przez ostatnich kilka lat pracy Paweł poruszał się na wózku i prowadził zajęcia  tylko w budynkach w pełni dostosowanych.

Ostatnie lata pracy Pawła wymagały od nas obojga sporego wysiłku oraz dobrej organizacji. Mąż nie prowadził już samochodu, więc ja zawoziłam go rano na uczelnię. Kiedy skończył zajęcia, jechałam po niego i przywoziłam do domu, gdzie sama musiałam szybko przygotować się do wyjścia do pracy. Przez dwa lata korzystaliśmy z taksówek dla osób niepełnosprawnych, które przywoziły Pawła do domu.

Przez wiele lat praca była dla Pawła czynnikiem motywującym do walki z chorobą. Niestety w pewnym momencie  wszystkie te trudności  przerosły nas. Paweł na każdym kroku potrzebował pomocy innych. Nie mógł się sam ubrać, nie mógł się poruszać.  Miał coraz mniej sił aby prowadzić zajęcia, przygotowywać się do nich, sprawdzać prace studentów. W końcu uznaliśmy, że nie ma sensu dłużej się tak męczyć. Nadszedł czas zakończenia pracy.

Przyznaję mojemu mężowi medal za ogromną wytrwałość i  hart ducha. 😀 Pracował tak długo jak mógł. Na dłużej nie starczyło już sił.

 

 

 

 

 

Jeszcze raz o czytających głosach

Nawiązując do mojego poprzedniego wpisu na temat audiobooków i lubianych przeze mnie lektorów, chciałabym jeszcze wspomnieć o książkach, które czytają ich autorzy. Zdarzyło mi się wysłuchać kilku takich audiobooków i trzy z nich szczególnie mogę polecić.

Pierwszą książką jest  Radiota, czyli skąd się biorą Niedźwiedzie.
Marka Niedźwieckiego nikomu nie trzeba przedstawiać. Swoim cudownym, radiowym głosem snuje opowieść o chłopaku z Szadku, jakim był przed laty, zanim trafił do radia. Opowiada o swoich marzeniach i pasjach a przede wszystkim o swojej pracy. Jest to bardzo szczera opowieść, której wspaniale się słucha, szczególnie gdy jest się fanem Niedźwiedzia. Oboje z Pawłem wychowaliśmy się na radiowej Trójce, a Listy Przebojów  słuchaliśmy niemal od jej powstania, dlatego poznanie tej książki w formie audiobooka było dla nas wielką przyjemnością.

Tak sobie myślę… to dziennik Jerzego Stuhra pisany na przełomie 2011 i 2012 roku, kiedy znany aktor walczył z chorobą nowotworową. Pan Stuhr dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami na temat naszej rzeczywistości. Opowiada o swojej młodości, o rodzinie, opisuje doświadczenia związane z chorobą i leczeniem. Jest to bardzo osobisty pamiętnik, dlatego  spokojny głos autora stwarza tu dodatkowy nastrój intymności.

Na koniec przedstawię bardzo odprężającą i relaksującą lekturę, przy której dobrze się bawiłam. Pisz pan książkę to napisana lekkim, pełnym dowcipu stylem autobiografia Zbigniewa Buczkowskiego. Autor opowiada w niej o swojej rodzinie, drodze do aktorstwa i ważniejszych rolach filmowych. Specyficzna dykcja i akcent chłopaka z warszawskiego Mokotowa początkowo mogą przysłonić odbiór treści, ale szybko przestaje to przeszkadzać i staje się jednym z kolorytów tej książki w wersji audio. Aktor sypie anegdotami, wspominając sceny kręcenia filmów, swoich kolegów z planu, znanych reżyserów.  Wszystko to opowiedziane jest z niezwykłą swadą i humorem. Słuchając książki czytanej przez pana Buczkowskiego, miałam wrażenie, jakbym spotkała się z nim osobiście.

Uważam, że w przypadku tych trzech książek  głos autora jest atutem, który znacząco zwiększa atrakcyjność ich odbioru.