Życie z chorobą – ciemna strona

Nie jest łatwo cały czas zachowywać optymizm, szczególnie wtedy, gdy choroba wciąż postępuje.

Żyjąc z chorobą, przyzwyczajamy się do określonego stanu i uczymy się radzić sobie z problemami, które z niego wynikają. Działamy według pewnych schematów, mamy określone sposoby postępowania. One pomagają nam funkcjonować na co dzień, pokonywać trudności i niejako akceptować daną sytuację. Najgorszy moment nadchodzi wtedy, gdy pojawia się nowy problem, który wymaga zmiany w codziennych działaniach, bo te dotąd wypracowane  nie są już wystarczające. Przystosowanie się kosztuje ogromny stres, mnóstwo nerwów, pesymizm i załamanie.

Wersja choroby, którą ma Paweł, tak właśnie przebiega. Pojawiające się kolejne pogorszenia zmuszały  nas do zmiany trybu życia i  organizacji rozkładu dnia, rezygnacji z różnych zajęć, przyzwyczajeń czy przyjemności, nakładów finansowych na konieczny sprzęt, lekarstwa, rehabilitację, zabiegi.

Za każdym razem wydawało się, że może już dość, stop, na tym koniec, ale nie…
Wtedy, gdy zaczynaliśmy sobie jakoś radzić w zmienionej sytuacji, następowało  kolejne uderzenie i towarzyszący mu złośliwy chichot choroby!

Niekiedy jest bardzo ciężko.
Nachodzą mnie ponure myśli, rozpacz i beznadzieja.
Ja jednak jakoś sobie radzę. Gorzej jest z moim mężem.

Jak pogodzić się z faktem, że jest się całkowicie zależnym od innych? Że kolejne narządy funkcjonują coraz słabiej albo w ogóle?  Że już prawie nic nie cieszy?

Patrzę na Pawła i często czuję się bezradna. I chociaż staram się ze wszystkich sił, aby każdego dnia zaświecił dla niego bodaj mały promyczek słońca,  to czasami naprawdę trudno zachować optymizm.

Reklamy

Życie z chorobą

Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak wyglądałoby nasze życie, gdyby Paweł nie zachorował na sm.
Próbowałam wyobrazić sobie mojego męża, jako sprawnego, energicznego mężczyznę…
Naszą codzienność, w której wspólnie dzielimy się obowiązkami…
Kiedy razem odpoczywamy,  gdzieś wychodzimy lub wyjeżdżamy…
Próbowałam wyobrazić sobie…

Stop!
To nie ma najmniejszego sensu!
Nasze życie jest takie, jakie jest i wszelkie dywagacje typu „co by było, gdyby” tylko wpędzają w gorszy nastrój. Oboje jesteśmy w pełni świadomi tego, ile choroba nam zabrała, zniszczyła i skomplikowała. Często jesteśmy na nią wściekli!

Cóż, w wielkiej loterii życia trafiły nam się nie najlepsze karty, ale musimy nimi grać najlepiej jak umiemy.  Gramy w jednej drużynie i to jest nasz atut.

Dlatego na przekór naszemu losowi, czasami myślę, czy są jakieś pozytywne aspekty życia wynikające z choroby?

Nigdy nie mogliśmy narzekać, że spędzamy razem zbyt mało czasu. Wiele lat temu, na początku choroby Paweł był aktywny zawodowo. Pracował najpierw w szkole, potem na uczelni, pisał pracę doktorską. Nie wyglądało to jednak tak, że mijaliśmy się, lub widywaliśmy się w przelocie. Choroba i związane z nią dolegliwości wymusiły na moim mężu konieczność ograniczenia pracy do takiej ilości, której mógł podołać. Wiadomo, że przydałoby się, aby  więcej pracował i zarabiał. Skoro jednak nie dał rady, trudno. Mieliśmy za to zawsze dużo czasu na wspólne rozmowy, spacery, zainteresowania…

Również z tego właśnie powodu  zawsze był ojcem obecnym przy dzieciach. To Paweł przeczytał im większość bajek przed snem. Nie mógł z nimi zagrać w piłkę czy uczyć jeździć na rowerze, ale objaśniał  świat, rozmawiał, był w domu, gdy wracały ze szkoły…

Pomimo choroby, ciągle nam towarzyszącej,  stworzyliśmy dobrą rodzinę. Kiedy rozmawiamy ze sobą o naszym życiu, to oboje zgodnie przyznajemy, że dzieci udały nam się najlepiej 🙂

Co pozostaje człowiekowi, kiedy choroba chce przejąć kontrolę nad jego życiem?
Nie poddawać się,
walczyć,
dostrzegać jasne strony  każdej sytuacji,
cieszyć się drobnostkami,
czerpać radość, z tego co się ma.

Czasami jednak przychodzą chwile słabości, kiedy człowiek chce się poddać. Ogarnia go smutek i bezsens całej tej szarpaniny.
I to jest ciemna strona życia z chorobą.

Marzenia się spełniają!

W postcrossingu, oprócz oficjalnej i rejestrowanej wymiany, można także nawiązywać kontakty z osobami, które chcą wymieniać się kartkami bezpośrednio. Nam również zdarzyło się wysłać parę pocztówek do takich osób. Efektem tego jest bardzo sympatyczna postcrossingowa znajomość z Rossem.

Ross mieszka w  USA, w stanie Alabama i jest już na emeryturze. Kilka tygodni temu wybrał się ze swoim wnukiem w podróż do Kalifornii i stamtąd wysłał nam kilka kartek 🙂

Nowy Meksyk to stan leżący na południowym zachodzie USA. Jego powierzchnia jest nieco większa niż powierzchnia Polski – 315 194 km², lecz pod względem liczby ludności (2 059 178) to prawie pustkowie. Gęstość zaludnienia wynosi tu zaledwie 5,79 osób na kilometr kwadratowy. Krajobrazy stanu to ogromne pustynie, wzgórza, doliny i wąwozy. Główną rzeką tej suchej krainy jest Rio Grande.

O Route 66 wspominałam już we wpisie „Palcem po mapce”. Droga swoją świetność przeżywała w latach trzydziestych XX wieku. Nazywana główną drogą (the Main Street of America), gdyż przebiegała przez centra wielu amerykańskich miast. Steinbeck w swojej słynnej powieści „Grona gniewu” nadał jej miano Drogi Matki (the Mother Road), ponieważ  była szansą dla uciekających przed burzami pyłowymi osadników z Oklahomy, szukających lepszego życia w Kalifornii. Po II wojnie Droga 66 osiągnęła kultowy status. Rozsławiona w piosence „Get Your Kicks On Route 66” między innymi przez takich wykonawców jak Nat King Cole, Chuck Berry, The Rolling Stones. Kiedy zaczęto rozbudowywać sieć autostrad, znaczenie Drogi malało, aż wreszcie w 1985 roku została skreślona z listy krajowych autostrad. Dziś stanowi atrakcję turystyczną i ciągle jest wielu chętnych, aby przemierzać jej kilometry, zatrzymywać się przy urokliwych restauracyjkach i w  przydrożnych barach. Na jej szlaku czeka na turystów wiele niespodzianek  jak na przykład widoczny na zdjęciu parking z oldskulowymi samochodami przy jednym z moteli w Arizonie.

Oto słynny Wielki Kanion Kolorado! Jego długość wynosi 446 km, natomiast szerokość waha się od kilkuset metrów do 29 km. Maksymalna głębokość kanionu wynosi 1857 m! Na tym terenie w 1919 roku utworzono Park Narodowy, który został wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1979 r. Barwy Wielkiego Kanionu zmieniają się w zależności od pory roku, pogody i  pory dnia. Ross napisał, że zachwyciła go cała paleta odcieni czerwieni i pomarańczy, kiedy chwilę przed zachodem słońca podziwiał ten cud natury.

Piaszczysto – żwirowa pustynia Mojave położona jest we wschodniej części Kalifornii. Na jej terenie znajdują się między innymi Rezerwat Narodowy Mojave, Park Narodowy Joshua Tree, Dolina Śmierci, a także wojskowa baza Edwards Air Force. Pustynia swoją nawę  zawdzięcza plemieniu Indian Mohave, które zamieszkiwało te tereny. Na Mojave znajduje się wiele opuszczonych miast, np. Kelso, w którym można zobaczyć zachowaną starą stację kolejową.

Nasz korespondencyjny znajomy osiągnął cel swojej podróży: dotarł do wybrzeża Pacyfiku. Zdjęcie przedstawia fragment drogi stanowej California State Route 1, oznakowanej na niektórych odcinkach jako: Pacific Coast Highway, Cabrillo Highway, Coast Highway. Znana jest na całym świecie, ponieważ biegnie wzdłuż jednej z najładniejszych linii brzegowych w Stanach Zjednoczonych.

Ross swoimi pocztówkami sprawił nam ogromną przyjemność! Nie tylko wybrał dla nas piękne widokówki, ale na każdej z nich krótko opisał przedstawione miejsce oraz swoje wrażenia. Poczuliśmy się jak w podróży!

No i marzenia się spełniają! Jeszcze rok temu nie wiedziałam, skąd mogłabym zdobyć pocztówki z USA, a dziś mam ich cały komplet.

Źródło: Wikipedia

Venimus,vidimus…

Odkąd Paweł przestał pracować, bardzo rzadko wychodzimy z domu. Dziś trudno mi uwierzyć, że dawaliśmy radę codziennie wcześnie rano wstać, zebrać się, wsiąść do samochodu, dojechać na miejsce, a potem wrócić. Już samo „zebrać się” kryło w sobie tysiące trudności, które należało przezwyciężyć. Dawniej, kiedy Paweł był jeszcze samodzielny, nie było z tym oczywiście żadnych problemów. Jednak w miarę, jak choroba postępowała, zwiększała się też  niepełnosprawność. W końcu doszło do tego, że musiałam  pomagać mu we wszystkich czynnościach, zanim udało nam się wyjść.

Obecnie, każde nasze wyjście z domu to całe przedsięwzięcie, zawsze związane z dużą dawką stresu. Największym problemem do przezwyciężenia jest częste  zmęczenie, które pojawia się u Pawła. Musimy zatem tak zaplanować czas, aby mój mąż zdążył przed wyjściem poleżeć i odpocząć. Nie jest to niestety stuprocentowa gwarancja jego dobrego samopoczucia, gdyż ono zależy od wielu różnych czynników, do których zdrowy człowiek na ogół nie przywiązuje wagi.
Przygotowując się do wyjścia, zawsze muszę pomyśleć o zabraniu odpowiedniego ubrania dla Pawła. Ponieważ sam nie porusza się, więc marznie o wiele szybciej, nawet wtedy kiedy inni nie odczuwają zimna. Z  kolei zbyt wysoka temperatura momentalnie go osłabia, tak więc bardzo trudno trafić nam na idealną dla nas pogodę 😦

Kolejną trudnością jest wpakowanie się do samochodu. Z wielką precyzją ustawiam wózek przy drzwiach, dziesiątki razy przesuwam stopy Pawła, tak aby były ustawione w optymalnej odległości i wreszcie podnoszę go. Nie zawsze udaje mi się to za pierwszym razem. Gdy go podniosę, muszę wykonać skomplikowany manewr polegający na odwróceniu Pawła tyłem do siedzenia, a następnie posadzeniu go w samochodzie. Tu pojawia się kolejny kłopot spowodowany spastycznością jego mięśni, która sprawia, że muszę się sporo namęczyć, zanim ułożę Pawła w miarę wygodnej pozycji. Zwykle zjeżdża z fotela, gdyż biodra nie są ułożone odpowiednio głęboko, a nogi prostują się lub przechylają niezgodnie z naszym zamierzeniem. Wreszcie po kolejnych minutach prób, kiedy mój mąż siedzi po japońsku czyli „jako tako” 😉 możemy jechać.

Nie jestem mistrzem manewrowania samochodem, szczególnie przy parkowaniu, więc moim marzeniem byłyby szerokie i zawsze wolne miejsca do zatrzymania. Przy wysiadaniu z osobą na wózku inwalidzkim to marzenie staje się  konieczną potrzebą, którą nie zawsze udaje się nam zaspokoić, dlatego przy szukaniu miejsca na postój z reguły towarzyszy mi kolejny stres. Po zatrzymaniu się pozostaje „tylko” sprawne przeniesienie Pawła na wózek i już możemy rozkoszować się zaplanowanymi na ten dzień przyjemnościami.

Wszystkie te opisane powyżej atrakcje są przyczyną, z powodu której niezbyt chętnie i niezbyt często wychodzimy z domu. Towarzyszy nam jakiś lęk przed podejmowaniem kolejnego wysiłku okupionego mnóstwem trudności i nerwów.
Im rzadziej wychodzimy, z tym większą niechęcią myślimy o wybraniu się gdziekolwiek. I tak mija dzień za dniem…

W końcu nadeszły wakacje. Myślę sobie:  dość tego! W ciągu roku Paweł spędza prawie cały czas w domu, patrząc na świat tylko przez okno (oknem na świat jest obecnie  smartfon, który zastąpił telewizor;)). Właśnie teraz, kiedy mam więcej wolnego czasu i mniej obowiązków, musimy coś zmienić i częściej wychodzić z domu! Świetną okazją są różne wydarzenia kulturalne, których latem w Krakowie dużo odbywa się na zewnątrz. Przeanalizowaliśmy program imprez, omówiliśmy i zaplanowaliśmy nasze wyjście. Decyzja podjęta! Wychodzimy!

Dotarliśmy na miejsce. Paweł dawno tu nie był. Trochę się zmieniło. Wokół dużo ludzi, coś się dzieje, wiele wrażeń. Oglądaliśmy przedstawienie. Niestety nie wytrwaliśmy do końca. Trochę dlatego, że Pawłowi zrobiło się chłodno (pomimo że w trakcie ubrałam mu kilka warstw), trochę dlatego, że był już zmęczony i ciągle przechylał się na wózku, trochę dlatego, że spektakl jakoś specjalnie nas nie zachwycił.

Późna pora i wysiłek włożony w całą tę wyprawę spowodowały, że wróciliśmy wykończeni. Pierwszą rzeczą, której Paweł najbardziej pragnął to położyć się i odpocząć.
Czy warto było tak się męczyć i stresować? Przecież przedstawienie nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia.

Mówię do Pawła:
– Mogłeś zostać w domu, a ja poszłabym sama. Wtedy byśmy się nie zmęczyli, ale nie przeżylibyśmy tego razem. Nie moglibyśmy wspólnie ocenić, czy nam się podobało, czy nie. Nie byłabym w stanie przekazać ci tego, co sama widziałam, a tak uczestniczyliśmy w tym oboje. A poza tym, przekonaliśmy się, że dajemy radę pokonać tyle trudności. Udało nam się zapakować do samochodu, dojechać, zaparkować, być tam (nawet jeśli niedługo – to co z tego?) i szczęśliwie wrócić! Czy to mało? Czy nie warto było?

A zatem:
przybyliśmy, zobaczyliśmy, zwyciężyliśmy…
Zwyciężyliśmy, pokonując swój lęk, strach, obawy…

 

 

Matematycy jakich nie znamy

Jestem matematykiem.
Niejednokrotnie, kiedy zdarzało mi się w rozmowie wyznać tę prawdę o sobie, spotykałem się z reakcją rozmówcy: ” O, z matematyki to ja zawsze byłem słaby…” albo gorzej: „nigdy nie lubiłem tego przedmiotu”. Nie wiedzieć dlaczego, wspomnienie matematyki w wielu osobach budzi jakieś dawno uśpione upiory. Również obraz człowieka parającego się tą dziedziną nauki, nie jawi wśród społeczeństwa zbyt pozytywnie. Stereotypowy matematyk to roztargniony i zupełnie nieżyciowy facet, zanudzający swoje otoczenie problemami, których nikt nie może pojąć. Nic go nie interesuje oprócz matematyki i jest straszliwie nudny!

Z drugiej strony można zapytać: ilu znamy matematyków? W trakcie swojej ogólnokształcącej edukacji w szkole podstawowej i szkołach ponadpodstawowych większość z nas zetknęła się co najwyżej z Talesem i Pitagorasem. Kiedy wysilimy pamięć, przypomni nam się jeszcze parę nazwisk związanych z jakimś twierdzeniem lub wzorem. Niestety z tymi nazwiskami najczęściej nie kojarzą nam się żadne konkretne postacie.

A ilu znamy polskich matematyków?  Z łatwością jesteśmy w stanie wymienić naszych poetów, pisarzy, malarzy czy kompozytorów – uczyliśmy się o nich w szkole. Natomiast o matematykach podręczniki raczej nie wspominają, choć z przedmiotem mamy do czynienia od pierwszej klasy. Tymczasem prace i dokonania wielu z nich są znane i cenione również za granicą.
Oto  dwóch wybitnych polskich matematyków.  Obaj stanowczo odbiegają od opisanego powyżej stereotypu, a  ich barwne osobowości wzbudzają niekłamany podziw i żywe zainteresowanie.

HUGO STEINHAUS
Urodzony w 1887 r. w Jaśle, zmarł w 1972 r. we Wrocławiu. Na polu matematycznym specjalizował się w analizie funkcjonalnej, choć był również autorem prac z zakresu teorii gier, topologii, teorii mnogości, szeregów trygonometrycznych, szeregów ortogonalnych, teorii funkcji rzeczywistych. Był jednym z współtwórców słynnej do dziś lwowskiej szkoły matematycznej działającej w dwudziestoleciu międzywojennym. Po II wojnie był współorganizatorem wrocławskiego środowiska naukowo-intelektualnego. W wielu swoich pracach wskazywał na zastosowanie matematyki w innych dyscyplinach, m.in. ekonomii, medycynie, biologii, socjologii, kartografii. Był również popularyzatorem matematyki (jego  słynny „Kalejdoskop matematyczny” wydany w 1938 r. został przetłumaczony na dziesięć języków!).

We wspomnieniach jego przyjaciół, współpracowników i uczniów Steinhaus  określany jest jako jedna z najbarwniejszych i niezapomnianych postaci intelektualnego środowiska: humanista, przenikliwy obserwator życia, oryginalny myśliciel, obdarzony ciętym dowcipem mistrz słowa i wielki uczony. Jedną z pasji matematyka był język polski i dbałość o jego czystość. Popularne były aforyzmy i powiedzenia jego autorstwa, które nazywano „hugonotkami” lub „steinhausenkami”, a przez krytyków porównywane do „Myśli nieuczesanych” Stanisława Jerzego Leca. Ukazywały się w „Wiadomościach Matematycznych”, „Problemach” i „Szpilkach”, dopiero w 1980 r. zostały wydane w książeczce „Słownik racjonalny”. Niektóre z nich bawią i śmieszą, inne skłaniają do refleksji: „Na starość jest młodość potrzebniejsza niż za młodu”, „Mędrzec widzi w lustrze głupca, głupiec przeciwnie”,”Dowcipem nie należy celować, tylko trafiać”, „Ogłupiony przez kobiety – erotuman”, „Geniusz – gen i już”

Pod koniec życia zaczął tracić pamięć. Kiedy był w szpitalu, dzień przed śmiercią wstał i rozpoczął wykład: „Niech będzie dana kula wielka jak Słońce i płaszczyzna do niej styczna…” Na jego nagrobku żona kazała wyryć słowa, które były tytułem jednej z jego książek: „Między duchem a materią pośredniczy matematyka”.

STEFAN BANACH
To kolejna legendarna postać związana z lwowską szkołą matematyczną, genialny umysł, jeden z największych matematyków XX wieku, ceniony na świecie naukowiec, którego przełomowa praca „Teoria operacji liniowych” przyczyniła się do rozwoju analizy funkcjonalnej. Jego biografia jest niesamowita i zaskakująca!

Urodził się w 1892 roku w Krakowie, jako nieślubne dziecko niepiśmiennej służącej i rekruta c.k. armii, oddany pod opiekę rodziny zastępczej, wychowywał się bez rodziców. Był samoukiem i nie ukończył żadnych studiów (zaliczył tylko dwa lata na Politechnice Lwowskiej), a mimo to został profesorem!

Już początek jego kariery wydaje się niezwykły i wiąże się z niecodziennym wydarzeniem. Otóż Hugo Steinhaus, przechadzając się w 1916 roku Plantami w Krakowie, usłyszał dobiegające z jednej z ławek słowa oznaczające terminy znane wówczas tylko nielicznym matematykom. Zaintrygowany podszedł do rozmawiających dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Stefan Banach. Znajomość ta, jak się później okazało, była brzemienna w skutki tak dla obu panów, jak i dla matematyki! Doktor Steinhaus, kiedy zorientował się, jaki odkrył talent, ściągnął Banacha do Lwowa, gdzie ten otrzymał pracę asystenta na Politechnice Lwowskiej. Do pozostania na uczelni potrzebny był doktorat, jednak Banach nie bardzo spieszył się z napisaniem pracy doktorskiej. „Wolał dyskutować, wyrzucając z siebie kolejne pomysły w tempie, któremu nikt nie był w stanie dorównać, nie dbając o ich zapisywanie […] przelewanie myśli na papier sprawiało mu trudności i nudziło.”  Twierdzenia i dowody Banacha zostały w końcu spisane przez…współpracowników, a następnie opublikowane  w „Fundamenta Mathematicae” i uznane za znakomitą pracę doktorską. Również z obroną tejże pracy wiąże się osobliwa historia: „Któregoś dnia został poproszony do dziekanatu, gdzie – usłyszał – czekają jacyś ludzie, którzy mają pewne problemy matematyczne i tylko on może pomóc im je rozwiązać. „Banach udał się zatem do wskazanego pokoju i chętnie odpowiadał na wszystkie pytania, nieświadom tego, że właśnie zdaje egzamin doktorski przed komisją specjalnie w tym celu przybyłą z Warszawy” – wspominał Andrzej Turowicz.” Ominięcie tych wszystkich procedur związanych z pracą na uczelni, było możliwe głównie dzięki Steinhausowi, który zdawał sobie sprawę, z jakim nieprzeciętnym umysłem ma do czynienia.

Rzeczywiście, wkrótce  gwiazda Banacha rozbłysła na matematycznym firmamencie: od 1927 r.profesor zwyczajny, stał się największym autorytetem w dziedzinie analizy funkcjonalnej, był autorem ponad 60 prac i twórcą wielu twierdzeń o fundamentalnym znaczeniu dla różnych działów matematyki, członek kilku towarzystw naukowych i kilkukrotny laureat nagród. Co ciekawe, Banachowi najlepiej pracowało się przy kawiarnianym stoliku, w oparach alkoholu i  dymu papierosowego. Gwar i muzyka nie przeszkadzały mu w skupieniu się nad skomplikowanymi zagadnieniami matematycznymi. Wręcz przeciwnie, w zaciszu gabinetu przy biurku rzadko można było go spotkać. Lubił zabawę, taniec i zdarzało się, że na wykłady przychodził prosto z balu. Zupełnie nie przystawał do ówczesnego wzorca intelektualisty i naukowca…
Przeżył wojnę we Lwowie, niestety po wojnie do Polski już nie dotarł. Zmarł w sierpniu 1945 r na raka płuc.

Hugo Steinhaus i Stefan Banach byli niewątpliwie wyróżniającymi się osobowościami. Warto jednak zapamiętać jeszcze inne nazwiska niektórych wybitnych polskich matematyków jak na przykład: Karol Borsuk, Kazimierz Kuratowski, Antoni Łomnicki, Stanisław Mazur, Władysław Orlicz, Wacław Sierpiński, Włodzimierz Stożek, Alfred Tarski, Stanisław Ulam…

∗O Banachu, Steinhausie i innych wybitnych matematykach można przeczytać w książce Mariusza Urbanka „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna”, z której pochodzą cytowane fragmenty.

∗Inne wykorzystane źródła:
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/517173,hugo-steinhaus-niezrownany-krol-rownan,id,t.
htmlhttp://culture.pl/pl/artykul/geniusze-i-romantycy-matematycy-z-kawiarni-szkockiej
http://www.malopolska24.pl/index.php/2011/08/hugo-steinhaus-matematyk-stosowany
/
https://marucha.wordpress.com/2017/04/02/stefan-banach-piekny-umysl-po-polsku/

 

 

Ameryka, kawa i krem orzechowy

Opieka nad chorym i niepełnosprawnym członkiem rodziny to zadanie bardzo frustrujące i stresogenne, wymagające niejednokrotnie ogromnej siły fizycznej i psychicznej. Nie zawsze jest to łatwe do udźwignięcia, o czym pisałam przy okazji tematu „Żal, złość, bunt…”. A przecież w dużej mierze od  kondycji opiekuna zależy jakość sprawowanej opieki nad chorym i jego samopoczucie.

Nasze życie stało się skomplikowane i co tu dużo mówić, bez większych nadziei na poprawę zdrowia Pawła. Mogłam pogrążać się coraz bardziej w żalu nad samą sobą i nad naszym małżeństwem oraz pielęgnować złość do całego świata. Mogłam przestać się uśmiechać, stać się ponura i narzekająca na wszystko. Na szczęście tak się nie stało. Znalazłam sposób, aby pomimo wszystkich tych problemów związanych z naszą sytuacją zachować pogodę ducha. Zaznaczę jednak, że nie zawsze przychodzi mi to łatwo i nadal zdarzają się chwile, kiedy ogarnia mnie gniew a nad nami przelatuje huragan złych emocji 😦

Każdego dnia znajduję czas na drobne chwile przyjemności i cieszę się drobiazgami! Nie jest to nic odkrywczego, prawda? A jednak w praktyce działa cudownie.

Jedną z moich głównych przyjemności, której oddaję się prawie codziennie jest…podróżowanie po Ameryce, a dokładnie po Stanach Zjednoczonych. Jest to cały rytuał składający się z kilku elementów, z których każdy jest istotny.

Pierwszy – to książka o USA.
Trudno powiedzieć, dlaczego akurat zainteresowałam się tym krajem. Cztery lata temu przeczytałam reporterski zapis podróży Melchiora Wańkowicza „W ślady Kolumba”. Autor w trzech tomach przedstawił obraz Stanów z przełomu lat 50. i 60. XX wieku. Chyba udzieliła mi się jego fascynacja Ameryką, ponieważ od tego czasu zaczęłam poszukiwać książek na temat USA. Do tej pory przeczytałam ich dwadzieścia osiem. Dotyczą nie tylko podróży i zwiedzania, ale również historii i kultury kraju. Dodatkiem do mojej  lektury jest kawa z mleczkiem (drugi element rytuału) oraz kanapka z kremem orzechowym (trzeci element). Wiem, wiem, że dodatki nie są zgodne z obecnym trendem zdrowego stylu życia, ale trudno. Ważne jest to, że przez te piętnaście minut czuję się tak, jak bym naprawdę znajdowała się po drugiej stronie oceanu. Na chwilę zapominam o naszych problemach, relaksuję się i odpoczywam. Wracam do rzeczywistości zadowolona, w dobrym nastroju, gotowa do trudnych wyzwań dnia codziennego.


„Moja Ameryka”

Myślę, że każdy powinien mieć taką swoją  „Amerykę”, czyli sposób na odstresowanie i wyluzowanie.

„A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź…”

Zbliżają się  wakacje, a więc czas wyjazdów, urlopów, wypoczynku i leniuchowania. Jest to również okres oderwania się od codziennego zgiełku, wyciszenia, regeneracji organizmu. Wydaje mi się, że wyspa jako symbol ucieczki od świata może być  do tego doskonałym miejscem.  Zatem zapraszam w kolejną postcrossingową podróż na dwie wyspy.

Grecka wyspa Patmos na Morzu Egejskim
(Kartka od Nikosa :))

Patmos jest znana dzięki świętemu Janowi  Ewangeliście, który w swoim biblijnym tekście wspomina o tym, że podczas zesłania na wyspę doznał objawienia opisanego w Apokalipsie. Pod koniec X wieku w stolicy Patmos – mieście Chora – powstał klasztor św. Jana Teologa  (na zdjęciu w lewym górnym rogu). Górująca nad wyspą budowla jest jedną z nielicznych w Grecji zachowanych w prawie nienaruszonym stanie od XII wieku.  Z kolei na małym zdjęciu w prawym górnym rogu widoczny jest fragment Groty Apokalipsy. Znajduje się ona pomiędzy dwoma miejscowościami: Chorą i Skalą i jest uważana za miejsce objawienia  Jana Ewangelisty. Oba zabytki zostały wpisane w 1999 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Wyspa ma powierzchnię 34 kilometry kwadratowe i nie nosi cech typowego śródziemnomorskiego kurortu. Miejsce jest odwiedzane  zarówno przez pielgrzymów wyznania prawosławnego jak i katolików.

Amerykańska wyspa Kauai na Oceanie Spokojnym
(kartka od rodziny Smith :))

Należąca do archipelagu Hawaje wulkaniczna wyspa ma powierzchnię 1,4 tys. kilometrów kwadratowych. Jest najstarszą geologicznie wyspą Archipelagu. Nazywana jest wyspą ogrodów ze względu na niezwykłą przyrodę, którą tworzą tropikalne lasy pełne fantazyjnych roślin, góry, głębokie doliny, strome klify, huczące wodospady i malownicze plaże. Najwyższy szczyt wyspy – wygasły wulkan – Góra Waialeale jest jednym z najwilgotniejszych miejsc na Ziemi (12 350 mm średnich rocznych opadów). Na Kauai były kręcone m.in. takie filmy jak „Poszukiwacze zaginionej Arki” i „Park Jurajski”.

Źródła: Wikipedia, http://www.apostol.pl/czytelnia/polonia-christiana/egejska-jerozolima-czyli-wyspa-apokalipsyhttp://mojehawaje.pl/http://creativemagazine.pl/kauai-wyspa-rajskiego-archipelagu,1826