„Im więcej człowiek czyta książek, tym jest głupszy”

Na książkę autorstwa Jung Chang „Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin” trafiłam przypadkiem, a ściślej mówiąc, trafił na nią Paweł, kiedy szukając czegoś nowego do słuchania wpisał w wyszukiwarce hasło „ciekawy audiobook”.         Od razu zachęciła mnie notka od wydawcy, w której napisano między innymi:  „Przejmująca opowieść o trzech pokoleniach jednej rodziny, której doświadczenia tworzą niezwykły obraz przemian, jakie dokonały się w Chinach”.

Historia opowiadana przez Jung Chang rozpoczyna się od jej babki, która urodziła się w 1909 roku, a więc u schyłku cesarstwa chińskiego. Jako mała dziewczynka była poddana okrutnej tradycji krępowania stóp, a w wieku piętnastu lat została konkubiną wysoko postawionego urzędnika.                         O planowanym związku dowiedziała się na kilka dni przed ślubem. W takiej sytuacji dziewczyna nie miała nic do powiedzenia, gdyż o wszystkim decydował  ojciec, który na tym interesie wzbogacił się całkiem nieźle.

Czytając kolejne rozdziały książki, poznajemy nie tylko dalsze losy babci autorki oraz jej rodziny, ale przede wszystkim dramatyczne dzieje społeczeństwa chińskiego. I właśnie ta najnowsza historia Chin okresu drugiej połowy XX wieku zrobiła na mnie największe i jednocześnie wstrząsające wrażenie. Zanim zetknęłam się z  książką „Dzikie łabędzie”, miałam zaledwie nikłe pojęcie o tym kraju. Owszem, nazwisko „Mao Zedong” i termin „rewolucja kulturalna” obiły mi się o uszy, ale nic więcej. Teraz gdy czytałam o wszystkim, co wydarzyło się w tamtych czasach w Chinach, otwierałam szeroko oczy i usta ze zdziwienia.  Życie pod rządami Mao i Komunistycznej Partii było straszne i pełne absurdów.

  • Rodzice autorki, aby się pobrać w 1949 roku musieli otrzymać zezwolenie od Komitetu Partyjnego. Ponieważ narzeczony był ważnym urzędnikiem w Komitecie, para nie przewidywała żadnych problemów.  W dniu ślubu otrzymali jednak pismo z Prowincjonalnego Komitetu, z którego wynikało, że jeszcze nie mogą się pobrać. Dopiero kilka tygodni później otrzymali zgodę.
  • Na początku lat pięćdziesiątych urzędnicy i funkcjonariusze partyjni nie dostawali płac, ale państwo zapewniało im mieszkanie, jedzenie, ubrania i inne potrzebne rzeczy. Dostawali też małe kieszonkowe. Musieli żywić się w kantynach, gdzie jedzenie było nieapetyczne. Gotowanie w domu było zabronione.
  • W 1958 roku Mao zapragnął, aby Chiny stały się światową potęgą przemysłową w dziedzinie produkcji stali. Cel miał zostać osiągnięty dzięki zaangażowaniu całego narodu. Ludzie porzucali na wiele miesięcy swoje dotychczasowe zajęcia, gdyż każda jednostka pracy była zobowiązana wyprodukować pewną ilość stali. Lekcje w szkołach odbywały się rzadko, ponieważ nauczyciele dyżurowali przez całą dobę przy piecach, dokładając opał  i mieszając kawałki metalu, dopóki się nie stopiły. Autorka wspomina, że pewnego dnia uczniowie pojechali odwiedzić w szpitalu jedną z nauczycielek poważnie poparzoną przez roztopione żelazo. Na dziedzińcu lecznicy zobaczyli piec, do którego lekarze i pielęgniarki dzień i noc dokładali drewna. Oficjalnie oszacowano, że około sto milionów wieśniaków porzuciło pracę na roli i  zajmowało się wytopem stali. Aby starczyło opału do pieców, cały kraj został ogołocony z drzew. W kotłach lądowały wszystkie metalowe przedmioty od garnków i rondli począwszy, poprzez sztućce, sprężyny i klamki, na barierkach odgradzających chodniki od jezdni skończywszy. Dzieci współzawodniczyły między sobą w zbieraniu z ulicy najdrobniejszych kawałków żelaza, takich jak złamane gwoździe, zardzewiałe trybiki i śrubki. Nie trzeba dodawać, że jakość uzyskanego produktu była fatalna i praktycznie nie nadawała się do niczego.
    Powyższa kampania znana pod hasłem „Wielkiego Skoku” w efekcie doprowadziła do ogromnej klęski głodu. W całym kraju umarło wtedy, jak się szacuje ponad trzydzieści milionów ludzi.
  • Zainicjowana przez Mao w 1966 roku i trwająca dziesięć lat Rewolucja Kulturalna to przerażający okres w dziejach Chin. Trudno opisać w kilku zdaniach to, co wówczas się wydarzyło: nieustanne akty przemocy, dewastacja, terror i dławiące represje, które stały się przyczyną załamań nerwowych, samobójstw oraz śmierci setek tysięcy ludzi. Zadziwiający jest jednak fakt, że przez cały ten czas trwał kult wielkiego przewodniczącego. Mao potrafił doskonale manipulować ludźmi i w efekcie przekształcił cały naród w narzędzie dyktatury. Niemal wszyscy, nawet dzieci, uczestniczyli w brutalnych mityngach, biciu ofiar, plądrowaniu domów, niszczeniu zabytków i książek.
  • W czasie Rewolucji Kulturalnej, od roku 1966 do 1972 nie działały szkoły. Dzieci i młodzież praktycznie pozostawały bez kontroli. Zakazane były wszelkie rozrywki, takie jak na przykład granie w szachy, czy puszczanie latawców. Książki, z wyjątkiem dzieł Mao, zostały zniszczone, teatry i muzea zamknięte, nie powstawały żadne filmy. Młodzi ludzie wstępowali do organizacji zwanej Czerwoną Gwardią, gdzie byli zachęcani do agresji, przemocy i nienawiści.
  • W 1969 około piętnaście milionów młodzieży zostało wysłanych z miast na wieś. Zgodnie z retoryką Mao celem tej akcji miała być „reedukacja przez pracę”. Przewodniczący utrzymywał, że ludzie z jakimkolwiek wykształceniem stoją niżej od wieśniaków – analfabetów i dlatego powinni upodobnić się do nich. Na wsiach panowały niezwykle prymitywne warunki. Metody upraw były takie same jak dwa tysiące lat wcześniej. Wszystko robiono gołymi rękami, nie było maszyn ani zwierząt roboczych. Praca na polach była bardzo ciężka i męcząca, trwająca po dziesięć godzin dziennie. Młodzi ludzie, podobnie jak wieśniacy mieszkali w pełnych wilgoci glinianych chatach, w których panowały niehigieniczne warunki.
  • Z początkiem 1971 roku wielkim wynalazkiem i dobrodziejstwem Mao dla wieśniaków mieli być tzw. „bosonodzy lekarze”. Nazwa wzięła się stąd, że lekarz miał żyć tak, jak chłopi, którzy do pracy na błotnistych poletkach nie zakładali butów. Aby podnieść poziom opieki medycznej na zaniedbanych do tej pory obszarach wiejskich, wielki przywódca ofiarował wieśniakom swoiste panaceum w postaci  rzeszy „doktorów”. Skąd się wzięli w czasach, kiedy żadne szkoły ani uczelnie nie działały? To proste! Według Mao nie trzeba mieć jakiegoś specjalnego wykształcenia, wystarczy jedynie podnosić swój poziom wiedzy w trakcie praktyki. Tak pojmowane przygotowanie do zawodu było zgodne z  poczynioną kilka lat wcześniej uwagą Zedonga, która stała się wytyczną w dziedzinie opieki zdrowotnej i edukacji: „Im więcej człowiek czyta książek, tym jest głupszy”. Do dyspozycji wyprodukowanych metodą Mao pracowników medycznych była więc tylko jedna publikacja p.t.: „Podręcznik bosonogiego lekarza” zawierająca opisy symptomów i zalecane recepty.
  • W czasach Rewolucji Kulturalnej dziesiątki milionów chińskich małżeństw żyło osobno. Przysługiwało im jedynie dwanaście dni wspólnego pobytu rocznie. Prawo to nie dotyczyło oczywiście tych małżeństw, które zostały rozdzielone z powodu zesłania do obozów pracy. W całych Chinach zbudowano tysiące takich obozów.
  • Pod koniec 1972 roku, po sześcioletniej przerwie zaczęto otwierać szkoły i uczelnie. Jednakże kandydaci na studia nie mogli sami decydować o wyborze kierunku, gdyż to byłoby poczytane za zbyt daleko posunięty indywidualizm, czyli kapitalistyczny występek. Tak więc przyszli studenci musieli przygotowywać się do egzaminów, nie wiedząc, co będą studiować.
  • Rekrutacja na studia to kolejna seria absurdów. Do studiowania należało dopuścić przede wszystkim robotników i chłopów. Osoby pragnące dostać się na uczelnie musiały najpierw dostać rekomendację swojej jednostki produkcyjnej. Autorka książki opisuje, że jej okręg,  któremu podlegało dwadzieścia trzy zakłady, otrzymał jedno miejsce na wydziale języków obcych Uniwersytetu Syczuańskiego i każda fabryka z tego okręgu mogła desygnować tylko jednego kandydata.  A zatem, jeśli chętnych do studiowania w danym zakładzie było więcej, to ich los leżał w rękach pozostałych pracowników, gdyż  to oni  przez głosowanie decydowali, kto będzie miał szansę na dalszą naukę.
  • Ponieważ przewodniczący Mao nie lubił słowa „egzamin” , ówczesny premier Zhou Enlai zastąpił je terminem „badanie możliwości kandydata w zakresie opanowania pewnych podstawowych elementów wiedzy oraz jego zdolności analizowania i rozwiązywania konkretnych problemów”. Jak wspomina Jung Chang pytania egzaminacyjne były bardzo proste i z wszystkich przedmiotów otrzymała bardzo dobre oceny. Niestety, egzaminy te zostały unieważnione, a to za sprawą jednego z kandydatów, który nie radząc sobie z zadaniami, oddał komisji czystą kartkę wraz z listem. Napisał w nim, że wprowadzenie egzaminów stanowi początek „kapitalistycznej restauracji”. Odwoływanie się do wiedzy kandydatów zostało potępione i nazwane „burżuazyjną dyktaturą”, a o przyjęciu na studia miało decydować wyłącznie ich „polityczne zachowanie” .

W książce można znaleźć jeszcze więcej opisów zarówno absurdalnych, jak i wstrząsających sytuacji i faktów, które składały się na ówczesną rzeczywistość Chin. Jak w takich realiach można było przetrwać, utrzymać więzi z bliskimi, nie stracić wiary w ideały? Odpowiedzi trzeba szukać w  poruszającej historii rodziny Jung Chang rozgrywającej się w tle tamtych wydarzeń, ponieważ  „Dzikie łabędzie” to także opowieść o niesamowitej odwadze, wytrwałości i miłości.

Książka tak bardzo mi się podobała, że przeczytałam ją dwa razy (w formie audiobooka i w formie papierowej), opowiadałam o niej rodzinie i znajomym i oczywiście zachęcałam do jej poznania. Byłam bardzo zaskoczona, gdy dowiedziałam, że „Dzikie łabędzie”  po raz pierwszy ukazały się w 1991 roku, a polscy czytelnicy mogli je przeczytać  już w 1995 r. (wtedy zostały wydane przez dwa wydawnictwa: Świat Książki oraz PRIMA). Najnowsze wydanie książki ukazało się w Wydawnictwie Znak Literanova w 2017 r.

Autorka książki Jung Chang w 1978 roku wyjechała do Wielkiej Brytanii jako stypendystka Uniwersytetu Syczuańskiego i tam mieszka do dziś. „Dzikie łabędzie” zostały przetłumaczone  na 37 języków, w tym również chiński, ale w Chinach są do dziś zakazane.

Reklamy

Książki z naszej półki: „Strofy z dreszczykiem”

W młodości czytaliśmy dużo wierszy. Paweł miał na swojej nocnej szafce stosik książek, w którym zawsze znajdował się jakiś tomik poezji, po to, aby móc zakończyć dzień lekturą kilku strof. Zaraził mnie  tym swoim zamiłowaniem, ale tyle wierszy co on na pewno nie przeczytałam. Do dziś potrafi z pamięci recytować wiele utworów, szczególnie Leśmiana, ale nie tylko.

W naszej domowej biblioteczce książki z wierszami zajmują dwie półki. Ostatnio Paweł przypomniał mi tomik zatytułowany „Strofy z dreszczykiem”. Jest to antologia wierszy zebranych przez Roberta Stillera. Książka wydana w 1986 roku przez Wydawnictwo Iskry. Paweł zabrał ją na swoje pierwsze samodzielne wakacje, gdy wyjechał razem z kolegą pod namiot. Widać, że była często czytana, gdyż grzbiet, odpadł, chociaż książka została obłożona papierem, aby chronić okładkę przed zniszczeniem. A w środku prawdziwa uczta dla miłośników grozy w wydaniu poetyckim.

W jednym tomie znajduje się ponad dwieście wierszy, poematów i ballad z różnych epok. Czytelnik znajdzie w nim zarówno fragment eposu babilońskiego „Gilgamesz”, jak i Księgi Ezechiela ze Starego Testamentu. Dalej  polskie i angielskie średniowieczne anonimy, a także niemieckie pieśni ludowe z XVIII wieku. I oczywiście całą plejadę polskich i zagranicznych poetów, z ponad stu wymienię tylko kilka nazwisk jak na przykład: Leśmian, Tuwim, Pawlikowska-Jasnorzewska, Różewicz, Heine, Baudelaire, Poe, Puszkin.

O czym można przeczytać? Utwory o śmierci, duchach, upiorach, zjawach, strzygach, wisielcach, topielcach, kościotrupach i innych makabryzmach. Oprócz wierszy budzących strach, w antologii  znalazło się  również miejsce dla czarnego humoru w najlepszym wydaniu. Reprezentują go, chociażby niezapomniani Jeremi Przybora i Andrzej Waligórski.

Dla nas bezkonkurencyjny w tym gatunku okazał się wiersz Janusza Minkiewicza:

 U progu sezonu 

Tczew czy Kraków, Płock czy Kielce,
idzie sezon na topielce.

Na topielce, topielice,
topielątka bladolice,

co popłyną znów na nowo
Wisłą, naszych rzek królową,

Odrą, naszych rzek grafinią,
Nysą, Wartą i Lutynią…

Widzę je płynące z dala,
różnie rzuca nimi fala:

płyną środkiem, o brzeg rąbną,
Narwią płyną, krnąbrną Brdą brną.

Aż wypłyną wreszcie w morze
(gdzie się tak bałwany pienią)

na pożarcie przez węgorze,
które Brzechwa zje jesienią.

Książki jak ludzie…

„Kiedy przeczytam nową książkę, to tak jakbym znalazł nowego przyjaciela, a gdy przeczytam książkę, którą już czytałem – to tak jakbym spotkał się ze starym przyjacielem.”
przysłowie chińskie

Kiedy byłam dzieckiem potrafiłam w ciągu jednego roku przeczytać tę samą książkę kilka razy. Chętnie wracałam do moich ulubionych lektur, czerpiąc z nich za każdym razem taką samą przyjemność. Nie przeszkadzało mi, że znam przygody bohaterów, wiem co się wydarzy oraz jakie będzie zakończenie.
Spotkałam się natomiast z opiniami niektórych osób, że nigdy nie czytają drugi raz tej samej pozycji właśnie ze względu na znajomość fabuły.

Obecnie jednak rzadko zdarza mi się wrócić do przeczytanych książek, a jeśli już czytam jakąś drugi raz, to na pewno nie w ciągu jednego roku. Ale przyczyną nie jest  znajomość treści, bo jak zauważyłam, po jakimś czasie pamiętam tylko ogólny zarys poruszanego problemu, zapominając o szczegółach.  Myślę, że tkwi we mnie chęć poznawania ciągle nowych książek. Co rusz słyszy się o wydawniczych nowościach, publikowane są listy kolejnych bestsellerów, a w księgarniach  pojawiają się świeże tytuły, które wołają do potencjalnych czytelników: „Przeczytaj mnie!”  Trudno temu nie ulec. I wcale nie narzekam, bo z przyjemnością zaspokajam swoją ciekawość, odkrywając wciąż niepoznane dotąd przeze mnie fakty, historie i zdarzenia.
Zastanawiam się jednak, czy z książkami rzeczywiście nie jest podobnie jak z przyjaciółmi. W młodości człowiek łatwo zawiera przyjaźnie, są one silniejsze i trwalsze niż te późniejsze. W dorosłym życiu ma się wielu znajomych, ale więzi, które z nimi łączą są dużo słabsze. Ulubione książki z dzieciństwa znałam prawie na pamięć, dlatego do dziś potrafię wymienić imiona bohaterów oraz streścić fabułę. Myślę o nich z nostalgią i z radością do nich wracam, czytając je dzieciom (dawniej własnym, teraz uczniom w szkole :)).

Wśród książek, które potem przeczytałam, mogę wymienić takie, które mi się podobały lub wręcz zachwyciły, a także takie, które wywarły na mnie duże wrażenie. Nie mam jednak takich, które czytałabym wiele razy.  Niektóre czytałam najwyżej dwukrotnie. Te książki są jak znajomi, których wspominam bardzo miło, dobrze nam się rozmawiało, spędziliśmy razem wspaniały czas, ale nasze drogi rozeszły się i teraz już się nie spotykamy. Pamiętam tytuł, wiem, że mi się podobała, ale imiona bohaterów uleciały z pamięci, a fabuła już się lekko zatarła.
Czy o takiej książce mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ją znam?

Powroty do dawnych książek czasem mogą przynieść rozczarowanie. Pamiętam jakie wrażenie na mnie zrobiły, gdy przeczytałam  po raz pierwszy „Pogodę dla bogaczy” Irwina Showa, „Lolitę” Vladimira Nabokova czy „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej . Po dwudziestu latach nie odnalazłam już tamtych emocji i wzruszeń. No cóż, zmieniłam się. A może jest tak, że na każdym etapie naszego życia inne książki są dla nas ważne?

Patrzę na nasze półki pełne książek zbieranych przez lata. Co jakiś czas sięgam po którąś z nich, otwieram, kartkuję i nabieram ochoty, aby jeszcze raz zanurzyć się w nią i porozmawiać jak z dawno niewidzianym przyjacielem.

„Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać.”
Jerzy Pilch

Jeszcze raz o czytających głosach

Nawiązując do mojego poprzedniego wpisu na temat audiobooków i lubianych przeze mnie lektorów, chciałabym jeszcze wspomnieć o książkach, które czytają ich autorzy. Zdarzyło mi się wysłuchać kilku takich audiobooków i trzy z nich szczególnie mogę polecić.

Pierwszą książką jest  Radiota, czyli skąd się biorą Niedźwiedzie.
Marka Niedźwieckiego nikomu nie trzeba przedstawiać. Swoim cudownym, radiowym głosem snuje opowieść o chłopaku z Szadku, jakim był przed laty, zanim trafił do radia. Opowiada o swoich marzeniach i pasjach a przede wszystkim o swojej pracy. Jest to bardzo szczera opowieść, której wspaniale się słucha, szczególnie gdy jest się fanem Niedźwiedzia. Oboje z Pawłem wychowaliśmy się na radiowej Trójce, a Listy Przebojów  słuchaliśmy niemal od jej powstania, dlatego poznanie tej książki w formie audiobooka było dla nas wielką przyjemnością.

Tak sobie myślę… to dziennik Jerzego Stuhra pisany na przełomie 2011 i 2012 roku, kiedy znany aktor walczył z chorobą nowotworową. Pan Stuhr dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami na temat naszej rzeczywistości. Opowiada o swojej młodości, o rodzinie, opisuje doświadczenia związane z chorobą i leczeniem. Jest to bardzo osobisty pamiętnik, dlatego  spokojny głos autora stwarza tu dodatkowy nastrój intymności.

Na koniec przedstawię bardzo odprężającą i relaksującą lekturę, przy której dobrze się bawiłam. Pisz pan książkę to napisana lekkim, pełnym dowcipu stylem autobiografia Zbigniewa Buczkowskiego. Autor opowiada w niej o swojej rodzinie, drodze do aktorstwa i ważniejszych rolach filmowych. Specyficzna dykcja i akcent chłopaka z warszawskiego Mokotowa początkowo mogą przysłonić odbiór treści, ale szybko przestaje to przeszkadzać i staje się jednym z kolorytów tej książki w wersji audio. Aktor sypie anegdotami, wspominając sceny kręcenia filmów, swoich kolegów z planu, znanych reżyserów.  Wszystko to opowiedziane jest z niezwykłą swadą i humorem. Słuchając książki czytanej przez pana Buczkowskiego, miałam wrażenie, jakbym spotkała się z nim osobiście.

Uważam, że w przypadku tych trzech książek  głos autora jest atutem, który znacząco zwiększa atrakcyjność ich odbioru.

Moje ulubione głosy

Przy słuchaniu audiobooka, podobnie jak przy czytaniu książki, najważniejsze są dla mnie  przede wszystkim  treść i tematyka. Niemniej jednak na odbiór książki w wersji słuchanej wpływa coś, co nie ma znaczenia podczas samodzielnego czytania. To oczywiście głos lektora.
Niektóre książki w wersji audio są przeczytane dobrze, inne słabo lub nijako. Niektóre wprost rewelacyjnie!

Oto najlepiej (moim zdaniem) przeczytane audiobooki, czyli złota trójka:

Służące– Kathryn Stocket
Trzem głównym bohaterkom powieści, głosu użyczyły: Anna Seniuk, Karolina Gruszka i Anna Guzik. Trudno powiedzieć, która z nich zrobiła to lepiej. Ja nie potrafię wybrać. Uzupełniają się wzajemnie, tworząc mistrzowskie trio!

Dolores Claiborne – Stephen King
Wspaniała interpretacja  Teresy Budzisz – Krzyżanowskiej dodała powieści niesamowitej dramaturgii. Jej głos doskonale wypełnia psychologiczny portret bohaterki stworzony przez autora.

Millennium czyli trylogia Stiega Larssona
Głęboki i wyrazisty głos Krzysztofa Gosztyły zrobił na mnie ogromne wrażenie. To była wielka przyjemność móc słuchać go prawie przez 74 godziny.

Moje ulubione głosy lektorów:

Anna Dereszowska – w jej interpretacji słuchałam świetnie przeczytane Igrzyska śmierci i pozostałe części trylogii Suzanne Collins oraz Cukiernia pod Amorem Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Książki Guillaume Musso – Jutro i  Uratuj  mnie nie zachwyciły mnie, ale zyskały dzięki głosowi pani Anny. Podobała mi się też  Zemsta ubiera się u Prady Lauren Weisberger.

Z przyjemnością słucham głosów dwóch Marii: Marii Seweryn i Marii Peszek.W interpretacji Marii Seweryn słuchałam: I góry odpowiedziały  echem  Khaleda Hoseiniego, Ostatnia noc w Chateau Marmont Lauren Weisberger, Gorzka czekolada  Lesley Lokko.
Przeczytane przez Marię Peszek – Wyznania Gejszy Arthura Goldena, Tysiąc wspaniałych słońc Khaleda Hosseiniego, Matka ryżu Rani Manicka.

Elżbieta Kijowska – pięknie czyta Zielony Konstanty Kiry Gałczyńskiej, Rosyjski kochanek Marii Nurowskiej, Księga Małgorzaty Judith Merkle Riley, Świadectwo prawdy Jodi Picoult.

Lubię też słuchać audiobooki czytane przez Joannę Jeżewską i  Ewę Abart.

Czytanie uszami ;)

Mam na myśli oczywiście audiobooki, których regularnie słucham od ponad czterech lat. Niektórzy uważają, że książki wysłuchanej nie można uważać za przeczytaną. Fakt,  że jest to inny sposób recepcji wymagający innego rodzaju koncentracji, niemniej jednak poznaję dzieło literackie w całości. Oczywiście dla prawdziwego bibliofila kontakt z tradycyjną książką jest niezastąpiony, dlatego czytam uszami wtedy, gdy nie mogę czytać oczami.

Lubię czytać na głos i lubię słuchać głośnego czytania. Pierwszą książkę, którą w ten sposób przeczytaliśmy razem z Pawłem były „Opowieści starego Kairu” Nadżiba Mahfuza. To było jeszcze przed chorobą, dlatego mogliśmy być na zmianę lektorami. Potem czytywaliśmy oczywiście dzieciom. W czasie wakacji urządzaliśmy rodzinne czytanie, wybierając wspólną lekturę do głośnego czytania.

Kiedyś wyjeżdżając na wakacje, pożyczyłam z biblioteki dla osób niewidzących i niedowidzących, zestaw kilkunastu kaset magnetofonowych z książką Remarque’a „Łuk triumfalny”. Audiobooki na płytach CD jeszcze wtedy nie były w powszechnym użyciu (właściwie to nie wiem, kiedy się pojawiły), a głos lektora oprócz powieści czytał komunikaty informujące o numerze taśmy i ścieżki (np.: „taśma dziesiąta, ścieżka pierwsza”).

Obecnie audiobooków słuchamy codziennie. Dla Pawła, który ma problemy ze wzrokiem, jest to niezastąpiony sposób spędzania czasu.
Ja słucham podczas prac kuchennych, łącząc przyjemne z koniecznym 🙂 oraz kiedy idę na spacer z psem. Mamy też zawsze jednego audiobooka do wspólnego słuchania. Najczęściej słuchamy go podczas drugiego śniadania.

Niekiedy czytam Pawłowi na głos jakąś książkę, ale ponieważ na co dzień nie mam za dużo czasu, zwykle odkładamy tę przyjemność na wakacje.

Podsumowując: audiobooki to bardzo dobry wynalazek!

Dzień liczby Pi

Kto z woli i myśli zapragnie
Pi spisać cyfry, ten zdoła…

Ten wierszyk przeczytałem kiedyś w którejś z książek popularyzujących matematykę. Miał on ułatwić zapamiętanie liczby Pi: ilość liter w każdym z wyrazów odpowiada kolejnym cyfrom Pi (kto – 3, z – 1, woli – 4, itd.)
Z okazji dzisiejszego święta, które niejako promuje matematykę przedstawię kilka książek, które podobały mi się, zrobiły na mnie wrażenie i są godne polecenia osobom chcącym bliżej poznać tę fascynującą naukę.

Lilavati – Szczepan Jeleński
Wspaniała książka popularyzująca matematykę pisana z myślą o młodym czytelniku, ale sądzę, że i starsi znajdą w niej fascynującą lekturę. Zbiór anegdot, gier, zabaw a przede wszystkim ciekawostek matematycznych. Napisana pięknym, żywym  językiem, aż trudno uwierzyć, że pierwsze jej wydanie ukazało się w 1926 roku.  Nadal urocza i czarująca!

Śladami Pitagorasa – Szczepan Jeleński
Dalszy ciąg „Lilavati” i kolejna porcja rozrywek i ciekawostek.

Bezmiar matematycznej wyobraźni – Krzysztof Ciesielski, Zdzisław Pogoda
Autorzy przedstawiają różnorodne zagadnienia matematyki współczesnej w sposób przyjazny i zrozumiały.  Nie brak w niej także elementów humorystycznych. Po przeczytaniu tej książki zmienisz swoje spojrzenie na matematykę i … matematyków 😉

Moje najlepsze zagadki matematyczne i logiczne – Martin Gardner
„Martin Gardner uchodzi za człowieka, który zachęcił do matematyki więcej osób, niż ktokolwiek inny w XX w.” Zebrane w tej książce zadania wymagają przede wszystkim pomysłowości i wyobraźni.

Przygody matematyka – Stanisław M. Ulam
Autobiografia wybitnego polskiego  matematyka wywodzącego się z  lwowskiej szkoły matematycznej. Warto poznać sylwetkę człowieka zafascynowanego nauką oraz  ciekawe koleje jego losu, które zaprowadziły go do Los Alamos.

Genialni. Lwowska szkoła matematyczna – Mariusz Urbanek
Nareszcie Polacy mogą poznać wybitnych polskich matematyków. Kiedy byłem w szkole a potem na studiach niewiele osób potrafiło wymienić nazwiska naszych naukowców związanych z matematyką.  Autor opisuje nie tylko poszczególne postacie genialnych: H. Steinhausa, S. Banacha, S. Mazura, S. Ulama, ale także tło historyczne jakie towarzyszyło ich losom. Bardzo ciekawa książka nie tylko dla miłośników matematyki.