Śmiechoterapia

Po ostatnim smutnym i bardzo pesymistycznym wpisie postanowiłam jak najszybciej sięgnąć po najlepsze antidotum na ponury nastrój, jakim jest śmiechoterapia.

Dzień, w którym się nie śmiałeś, jest dniem straconym
Phil Bosmans

 O zbawiennym wpływie śmiechu na ludzkie zdrowie wiemy od dawna, lecz nie zawsze o nim pamiętamy i nie stosujemy tego cudownego lekarstwa tak często jak potrzeba.  A potrzeba codziennie 🙂

Jak wskazują badania  śmiech  przyspiesza bicie serca i krążenie krwi, dzięki czemu wymiana powietrza podczas oddychania jest czterokrotnie częstsza, więc organizm otrzymuje więcej tlenu. Wdychamy wówczas o 1 – 1,5 litra więcej powietrza! W konsekwencji mózg zostaje mocniej dotleniony, a więc zaczyna lepiej pracować, poprawia się nam koncentracja, sprawność myślenia i refleks.
Podczas śmiechu aktywizowane są mięśnie przeponowe i brzuszne, których skurcz powoduje masaż przewodu pokarmowego korzystnie działający na trawienie. Ponadto śmiech sprzyja aktywizacji limfocytów T i immunoglobuliny, istotnych dla funkcjonowania układu odpornościowego. Najważniejsze jest jednak to, że śmiech znacząco zwiększa w organizmie wydzielanie endorfin. Hormony te pozwalają pozbyć się stresu, a nawet mają działanie przeciwbólowe. Podczas śmiechu zapominamy o problemach dnia codziennego, uwalniają się pozytywne emocje i poprawia się samopoczucie. I tego nam właśnie trzeba!

Oboje zawsze lubiliśmy się śmiać i żartować. Paweł podczas swoich zajęć w szkole i na uczelni miał zwyczaj robienia krótkiej przerwy na opowiedzenie dowcipu. Teraz zainstalował sobie w swoim smartfonie aplikację, dzięki której może codziennie czytać nowe kawały. Ponadto ciągle przeszukuje YouTube w poszukiwaniu zabawnych skeczy. I choć niektóre z nich są już stare, to po jakimś czasie bawią na nowo. Dzisiaj oglądaliśmy skecz Kabaretu Smile, który ponownie  nas rozśmieszył.

Jedna dawka śmiechu zaliczona 🙂

Życie z chorobą – ciemna strona

Nie jest łatwo cały czas zachowywać optymizm, szczególnie wtedy, gdy choroba wciąż postępuje.

Żyjąc z chorobą, przyzwyczajamy się do określonego stanu i uczymy się radzić sobie z problemami, które z niego wynikają. Działamy według pewnych schematów, mamy określone sposoby postępowania. One pomagają nam funkcjonować na co dzień, pokonywać trudności i niejako akceptować daną sytuację. Najgorszy moment nadchodzi wtedy, gdy pojawia się nowy problem, który wymaga zmiany w codziennych działaniach, bo te dotąd wypracowane  nie są już wystarczające. Przystosowanie się kosztuje ogromny stres, mnóstwo nerwów, pesymizm i załamanie.

Wersja choroby, którą ma Paweł, tak właśnie przebiega. Pojawiające się kolejne pogorszenia zmuszały  nas do zmiany trybu życia i  organizacji rozkładu dnia, rezygnacji z różnych zajęć, przyzwyczajeń czy przyjemności, nakładów finansowych na konieczny sprzęt, lekarstwa, rehabilitację, zabiegi.

Za każdym razem wydawało się, że może już dość, stop, na tym koniec, ale nie…
Wtedy, gdy zaczynaliśmy sobie jakoś radzić w zmienionej sytuacji, następowało  kolejne uderzenie i towarzyszący mu złośliwy chichot choroby!

Niekiedy jest bardzo ciężko.
Nachodzą mnie ponure myśli, rozpacz i beznadzieja.
Ja jednak jakoś sobie radzę. Gorzej jest z moim mężem.

Jak pogodzić się z faktem, że jest się całkowicie zależnym od innych? Że kolejne narządy funkcjonują coraz słabiej albo w ogóle?  Że już prawie nic nie cieszy?

Patrzę na Pawła i często czuję się bezradna. I chociaż staram się ze wszystkich sił, aby każdego dnia zaświecił dla niego bodaj mały promyczek słońca,  to czasami naprawdę trudno zachować optymizm.

Życie z chorobą

Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak wyglądałoby nasze życie, gdyby Paweł nie zachorował na sm.
Próbowałam wyobrazić sobie mojego męża, jako sprawnego, energicznego mężczyznę…
Naszą codzienność, w której wspólnie dzielimy się obowiązkami…
Kiedy razem odpoczywamy,  gdzieś wychodzimy lub wyjeżdżamy…
Próbowałam wyobrazić sobie…

Stop!
To nie ma najmniejszego sensu!
Nasze życie jest takie, jakie jest i wszelkie dywagacje typu „co by było, gdyby” tylko wpędzają w gorszy nastrój. Oboje jesteśmy w pełni świadomi tego, ile choroba nam zabrała, zniszczyła i skomplikowała. Często jesteśmy na nią wściekli!

Cóż, w wielkiej loterii życia trafiły nam się nie najlepsze karty, ale musimy nimi grać najlepiej jak umiemy.  Gramy w jednej drużynie i to jest nasz atut.

Dlatego na przekór naszemu losowi, czasami myślę, czy są jakieś pozytywne aspekty życia wynikające z choroby?

Nigdy nie mogliśmy narzekać, że spędzamy razem zbyt mało czasu. Wiele lat temu, na początku choroby Paweł był aktywny zawodowo. Pracował najpierw w szkole, potem na uczelni, pisał pracę doktorską. Nie wyglądało to jednak tak, że mijaliśmy się, lub widywaliśmy się w przelocie. Choroba i związane z nią dolegliwości wymusiły na moim mężu konieczność ograniczenia pracy do takiej ilości, której mógł podołać. Wiadomo, że przydałoby się, aby  więcej pracował i zarabiał. Skoro jednak nie dał rady, trudno. Mieliśmy za to zawsze dużo czasu na wspólne rozmowy, spacery, zainteresowania…

Również z tego właśnie powodu  zawsze był ojcem obecnym przy dzieciach. To Paweł przeczytał im większość bajek przed snem. Nie mógł z nimi zagrać w piłkę czy uczyć jeździć na rowerze, ale objaśniał  świat, rozmawiał, był w domu, gdy wracały ze szkoły…

Pomimo choroby, ciągle nam towarzyszącej,  stworzyliśmy dobrą rodzinę. Kiedy rozmawiamy ze sobą o naszym życiu, to oboje zgodnie przyznajemy, że dzieci udały nam się najlepiej 🙂

Co pozostaje człowiekowi, kiedy choroba chce przejąć kontrolę nad jego życiem?
Nie poddawać się,
walczyć,
dostrzegać jasne strony  każdej sytuacji,
cieszyć się drobnostkami,
czerpać radość, z tego co się ma.

Czasami jednak przychodzą chwile słabości, kiedy człowiek chce się poddać. Ogarnia go smutek i bezsens całej tej szarpaniny.
I to jest ciemna strona życia z chorobą.

Marzenia się spełniają!

W postcrossingu, oprócz oficjalnej i rejestrowanej wymiany, można także nawiązywać kontakty z osobami, które chcą wymieniać się kartkami bezpośrednio. Nam również zdarzyło się wysłać parę pocztówek do takich osób. Efektem tego jest bardzo sympatyczna postcrossingowa znajomość z Rossem.

Ross mieszka w  USA, w stanie Alabama i jest już na emeryturze. Kilka tygodni temu wybrał się ze swoim wnukiem w podróż do Kalifornii i stamtąd wysłał nam kilka kartek 🙂

Nowy Meksyk to stan leżący na południowym zachodzie USA. Jego powierzchnia jest nieco większa niż powierzchnia Polski – 315 194 km², lecz pod względem liczby ludności (2 059 178) to prawie pustkowie. Gęstość zaludnienia wynosi tu zaledwie 5,79 osób na kilometr kwadratowy. Krajobrazy stanu to ogromne pustynie, wzgórza, doliny i wąwozy. Główną rzeką tej suchej krainy jest Rio Grande.

O Route 66 wspominałam już we wpisie „Palcem po mapce”. Droga swoją świetność przeżywała w latach trzydziestych XX wieku. Nazywana główną drogą (the Main Street of America), gdyż przebiegała przez centra wielu amerykańskich miast. Steinbeck w swojej słynnej powieści „Grona gniewu” nadał jej miano Drogi Matki (the Mother Road), ponieważ  była szansą dla uciekających przed burzami pyłowymi osadników z Oklahomy, szukających lepszego życia w Kalifornii. Po II wojnie Droga 66 osiągnęła kultowy status. Rozsławiona w piosence „Get Your Kicks On Route 66” między innymi przez takich wykonawców jak Nat King Cole, Chuck Berry, The Rolling Stones. Kiedy zaczęto rozbudowywać sieć autostrad, znaczenie Drogi malało, aż wreszcie w 1985 roku została skreślona z listy krajowych autostrad. Dziś stanowi atrakcję turystyczną i ciągle jest wielu chętnych, aby przemierzać jej kilometry, zatrzymywać się przy urokliwych restauracyjkach i w  przydrożnych barach. Na jej szlaku czeka na turystów wiele niespodzianek  jak na przykład widoczny na zdjęciu parking z oldskulowymi samochodami przy jednym z moteli w Arizonie.

Oto słynny Wielki Kanion Kolorado! Jego długość wynosi 446 km, natomiast szerokość waha się od kilkuset metrów do 29 km. Maksymalna głębokość kanionu wynosi 1857 m! Na tym terenie w 1919 roku utworzono Park Narodowy, który został wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1979 r. Barwy Wielkiego Kanionu zmieniają się w zależności od pory roku, pogody i  pory dnia. Ross napisał, że zachwyciła go cała paleta odcieni czerwieni i pomarańczy, kiedy chwilę przed zachodem słońca podziwiał ten cud natury.

Piaszczysto – żwirowa pustynia Mojave położona jest we wschodniej części Kalifornii. Na jej terenie znajdują się między innymi Rezerwat Narodowy Mojave, Park Narodowy Joshua Tree, Dolina Śmierci, a także wojskowa baza Edwards Air Force. Pustynia swoją nawę  zawdzięcza plemieniu Indian Mohave, które zamieszkiwało te tereny. Na Mojave znajduje się wiele opuszczonych miast, np. Kelso, w którym można zobaczyć zachowaną starą stację kolejową.

Nasz korespondencyjny znajomy osiągnął cel swojej podróży: dotarł do wybrzeża Pacyfiku. Zdjęcie przedstawia fragment drogi stanowej California State Route 1, oznakowanej na niektórych odcinkach jako: Pacific Coast Highway, Cabrillo Highway, Coast Highway. Znana jest na całym świecie, ponieważ biegnie wzdłuż jednej z najładniejszych linii brzegowych w Stanach Zjednoczonych.

Ross swoimi pocztówkami sprawił nam ogromną przyjemność! Nie tylko wybrał dla nas piękne widokówki, ale na każdej z nich krótko opisał przedstawione miejsce oraz swoje wrażenia. Poczuliśmy się jak w podróży!

No i marzenia się spełniają! Jeszcze rok temu nie wiedziałam, skąd mogłabym zdobyć pocztówki z USA, a dziś mam ich cały komplet.

Źródło: Wikipedia

Venimus,vidimus…

Odkąd Paweł przestał pracować, bardzo rzadko wychodzimy z domu. Dziś trudno mi uwierzyć, że dawaliśmy radę codziennie wcześnie rano wstać, zebrać się, wsiąść do samochodu, dojechać na miejsce, a potem wrócić. Już samo „zebrać się” kryło w sobie tysiące trudności, które należało przezwyciężyć. Dawniej, kiedy Paweł był jeszcze samodzielny, nie było z tym oczywiście żadnych problemów. Jednak w miarę, jak choroba postępowała, zwiększała się też  niepełnosprawność. W końcu doszło do tego, że musiałam  pomagać mu we wszystkich czynnościach, zanim udało nam się wyjść.

Obecnie, każde nasze wyjście z domu to całe przedsięwzięcie, zawsze związane z dużą dawką stresu. Największym problemem do przezwyciężenia jest częste  zmęczenie, które pojawia się u Pawła. Musimy zatem tak zaplanować czas, aby mój mąż zdążył przed wyjściem poleżeć i odpocząć. Nie jest to niestety stuprocentowa gwarancja jego dobrego samopoczucia, gdyż ono zależy od wielu różnych czynników, do których zdrowy człowiek na ogół nie przywiązuje wagi.
Przygotowując się do wyjścia, zawsze muszę pomyśleć o zabraniu odpowiedniego ubrania dla Pawła. Ponieważ sam nie porusza się, więc marznie o wiele szybciej, nawet wtedy kiedy inni nie odczuwają zimna. Z  kolei zbyt wysoka temperatura momentalnie go osłabia, tak więc bardzo trudno trafić nam na idealną dla nas pogodę 😦

Kolejną trudnością jest wpakowanie się do samochodu. Z wielką precyzją ustawiam wózek przy drzwiach, dziesiątki razy przesuwam stopy Pawła, tak aby były ustawione w optymalnej odległości i wreszcie podnoszę go. Nie zawsze udaje mi się to za pierwszym razem. Gdy go podniosę, muszę wykonać skomplikowany manewr polegający na odwróceniu Pawła tyłem do siedzenia, a następnie posadzeniu go w samochodzie. Tu pojawia się kolejny kłopot spowodowany spastycznością jego mięśni, która sprawia, że muszę się sporo namęczyć, zanim ułożę Pawła w miarę wygodnej pozycji. Zwykle zjeżdża z fotela, gdyż biodra nie są ułożone odpowiednio głęboko, a nogi prostują się lub przechylają niezgodnie z naszym zamierzeniem. Wreszcie po kolejnych minutach prób, kiedy mój mąż siedzi po japońsku czyli „jako tako” 😉 możemy jechać.

Nie jestem mistrzem manewrowania samochodem, szczególnie przy parkowaniu, więc moim marzeniem byłyby szerokie i zawsze wolne miejsca do zatrzymania. Przy wysiadaniu z osobą na wózku inwalidzkim to marzenie staje się  konieczną potrzebą, którą nie zawsze udaje się nam zaspokoić, dlatego przy szukaniu miejsca na postój z reguły towarzyszy mi kolejny stres. Po zatrzymaniu się pozostaje „tylko” sprawne przeniesienie Pawła na wózek i już możemy rozkoszować się zaplanowanymi na ten dzień przyjemnościami.

Wszystkie te opisane powyżej atrakcje są przyczyną, z powodu której niezbyt chętnie i niezbyt często wychodzimy z domu. Towarzyszy nam jakiś lęk przed podejmowaniem kolejnego wysiłku okupionego mnóstwem trudności i nerwów.
Im rzadziej wychodzimy, z tym większą niechęcią myślimy o wybraniu się gdziekolwiek. I tak mija dzień za dniem…

W końcu nadeszły wakacje. Myślę sobie:  dość tego! W ciągu roku Paweł spędza prawie cały czas w domu, patrząc na świat tylko przez okno (oknem na świat jest obecnie  smartfon, który zastąpił telewizor;)). Właśnie teraz, kiedy mam więcej wolnego czasu i mniej obowiązków, musimy coś zmienić i częściej wychodzić z domu! Świetną okazją są różne wydarzenia kulturalne, których latem w Krakowie dużo odbywa się na zewnątrz. Przeanalizowaliśmy program imprez, omówiliśmy i zaplanowaliśmy nasze wyjście. Decyzja podjęta! Wychodzimy!

Dotarliśmy na miejsce. Paweł dawno tu nie był. Trochę się zmieniło. Wokół dużo ludzi, coś się dzieje, wiele wrażeń. Oglądaliśmy przedstawienie. Niestety nie wytrwaliśmy do końca. Trochę dlatego, że Pawłowi zrobiło się chłodno (pomimo że w trakcie ubrałam mu kilka warstw), trochę dlatego, że był już zmęczony i ciągle przechylał się na wózku, trochę dlatego, że spektakl jakoś specjalnie nas nie zachwycił.

Późna pora i wysiłek włożony w całą tę wyprawę spowodowały, że wróciliśmy wykończeni. Pierwszą rzeczą, której Paweł najbardziej pragnął to położyć się i odpocząć.
Czy warto było tak się męczyć i stresować? Przecież przedstawienie nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia.

Mówię do Pawła:
– Mogłeś zostać w domu, a ja poszłabym sama. Wtedy byśmy się nie zmęczyli, ale nie przeżylibyśmy tego razem. Nie moglibyśmy wspólnie ocenić, czy nam się podobało, czy nie. Nie byłabym w stanie przekazać ci tego, co sama widziałam, a tak uczestniczyliśmy w tym oboje. A poza tym, przekonaliśmy się, że dajemy radę pokonać tyle trudności. Udało nam się zapakować do samochodu, dojechać, zaparkować, być tam (nawet jeśli niedługo – to co z tego?) i szczęśliwie wrócić! Czy to mało? Czy nie warto było?

A zatem:
przybyliśmy, zobaczyliśmy, zwyciężyliśmy…
Zwyciężyliśmy, pokonując swój lęk, strach, obawy…

 

 

Ameryka, kawa i krem orzechowy

Opieka nad chorym i niepełnosprawnym członkiem rodziny to zadanie bardzo frustrujące i stresogenne, wymagające niejednokrotnie ogromnej siły fizycznej i psychicznej. Nie zawsze jest to łatwe do udźwignięcia, o czym pisałam przy okazji tematu „Żal, złość, bunt…”. A przecież w dużej mierze od  kondycji opiekuna zależy jakość sprawowanej opieki nad chorym i jego samopoczucie.

Nasze życie stało się skomplikowane i co tu dużo mówić, bez większych nadziei na poprawę zdrowia Pawła. Mogłam pogrążać się coraz bardziej w żalu nad samą sobą i nad naszym małżeństwem oraz pielęgnować złość do całego świata. Mogłam przestać się uśmiechać, stać się ponura i narzekająca na wszystko. Na szczęście tak się nie stało. Znalazłam sposób, aby pomimo wszystkich tych problemów związanych z naszą sytuacją zachować pogodę ducha. Zaznaczę jednak, że nie zawsze przychodzi mi to łatwo i nadal zdarzają się chwile, kiedy ogarnia mnie gniew a nad nami przelatuje huragan złych emocji 😦

Każdego dnia znajduję czas na drobne chwile przyjemności i cieszę się drobiazgami! Nie jest to nic odkrywczego, prawda? A jednak w praktyce działa cudownie.

Jedną z moich głównych przyjemności, której oddaję się prawie codziennie jest…podróżowanie po Ameryce, a dokładnie po Stanach Zjednoczonych. Jest to cały rytuał składający się z kilku elementów, z których każdy jest istotny.

Pierwszy – to książka o USA.
Trudno powiedzieć, dlaczego akurat zainteresowałam się tym krajem. Cztery lata temu przeczytałam reporterski zapis podróży Melchiora Wańkowicza „W ślady Kolumba”. Autor w trzech tomach przedstawił obraz Stanów z przełomu lat 50. i 60. XX wieku. Chyba udzieliła mi się jego fascynacja Ameryką, ponieważ od tego czasu zaczęłam poszukiwać książek na temat USA. Do tej pory przeczytałam ich dwadzieścia osiem. Dotyczą nie tylko podróży i zwiedzania, ale również historii i kultury kraju. Dodatkiem do mojej  lektury jest kawa z mleczkiem (drugi element rytuału) oraz kanapka z kremem orzechowym (trzeci element). Wiem, wiem, że dodatki nie są zgodne z obecnym trendem zdrowego stylu życia, ale trudno. Ważne jest to, że przez te piętnaście minut czuję się tak, jak bym naprawdę znajdowała się po drugiej stronie oceanu. Na chwilę zapominam o naszych problemach, relaksuję się i odpoczywam. Wracam do rzeczywistości zadowolona, w dobrym nastroju, gotowa do trudnych wyzwań dnia codziennego.


„Moja Ameryka”

Myślę, że każdy powinien mieć taką swoją  „Amerykę”, czyli sposób na odstresowanie i wyluzowanie.

„A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź…”

Zbliżają się  wakacje, a więc czas wyjazdów, urlopów, wypoczynku i leniuchowania. Jest to również okres oderwania się od codziennego zgiełku, wyciszenia, regeneracji organizmu. Wydaje mi się, że wyspa jako symbol ucieczki od świata może być  do tego doskonałym miejscem.  Zatem zapraszam w kolejną postcrossingową podróż na dwie wyspy.

Grecka wyspa Patmos na Morzu Egejskim
(Kartka od Nikosa :))

Patmos jest znana dzięki świętemu Janowi  Ewangeliście, który w swoim biblijnym tekście wspomina o tym, że podczas zesłania na wyspę doznał objawienia opisanego w Apokalipsie. Pod koniec X wieku w stolicy Patmos – mieście Chora – powstał klasztor św. Jana Teologa  (na zdjęciu w lewym górnym rogu). Górująca nad wyspą budowla jest jedną z nielicznych w Grecji zachowanych w prawie nienaruszonym stanie od XII wieku.  Z kolei na małym zdjęciu w prawym górnym rogu widoczny jest fragment Groty Apokalipsy. Znajduje się ona pomiędzy dwoma miejscowościami: Chorą i Skalą i jest uważana za miejsce objawienia  Jana Ewangelisty. Oba zabytki zostały wpisane w 1999 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Wyspa ma powierzchnię 34 kilometry kwadratowe i nie nosi cech typowego śródziemnomorskiego kurortu. Miejsce jest odwiedzane  zarówno przez pielgrzymów wyznania prawosławnego jak i katolików.

Amerykańska wyspa Kauai na Oceanie Spokojnym
(kartka od rodziny Smith :))

Należąca do archipelagu Hawaje wulkaniczna wyspa ma powierzchnię 1,4 tys. kilometrów kwadratowych. Jest najstarszą geologicznie wyspą Archipelagu. Nazywana jest wyspą ogrodów ze względu na niezwykłą przyrodę, którą tworzą tropikalne lasy pełne fantazyjnych roślin, góry, głębokie doliny, strome klify, huczące wodospady i malownicze plaże. Najwyższy szczyt wyspy – wygasły wulkan – Góra Waialeale jest jednym z najwilgotniejszych miejsc na Ziemi (12 350 mm średnich rocznych opadów). Na Kauai były kręcone m.in. takie filmy jak „Poszukiwacze zaginionej Arki” i „Park Jurajski”.

Źródła: Wikipedia, http://www.apostol.pl/czytelnia/polonia-christiana/egejska-jerozolima-czyli-wyspa-apokalipsyhttp://mojehawaje.pl/http://creativemagazine.pl/kauai-wyspa-rajskiego-archipelagu,1826