Dodać więcej kolorów do szarości

Listopadowa aura  sprzyja  depresyjnym nastrojom.
Co robić, aby nie przytłoczyła nas szara codzienność?

Humor to najlepszy pas ratunkowy na oceanie życia.
Werner Finck

Zgodnie z zaleceniami specjalistów od śmiechoterapii:
• przynajmniej raz dziennie porządnie się śmiej
• oglądaj zabawne filmy
• słuchaj swoich ulubionych komików
• czytaj strony gazet z zabawnymi obrazkami
• kolekcjonuj te obrazki
• rozmawiaj z osobami, które mają duże poczucie humoru

Paweł codziennie ogląda na YouTubie kabarety – zawsze znajdzie się coś zabawnego, jak na przykład skecz z lubianym przez nas Arturem Andrusem.

Ja od kilku lat zbieram dowcipy oraz humorystyczne obrazki. Tworzenie takiej domowej „księgi humoru” jest dla mnie bardzo odprężające. Może to być również dobry pomysł na prezent. Kiedyś podarowałam taki zestaw dowcipów znajomej parze biorącej ślub. Poczucie humoru przydaje się w każdym małżeństwie 🙂

Jeśli więc kogoś dopada choćby mały smuteczek związany z jesienną porą, zapraszam do obejrzenia kilku zabawnych historyjek obrazkowych wyciętych z „Angory”.

Reklamy

Armagedon czyli awaria w domu

Zdarzyła nam się w domu awaria. Powrót do „normalności”  czyli  stanu sprzed trwał trzy tygodnie.

Etap I

  • W piątek wieczorem przyszły do nas dwie sąsiadki z informacją, że w piwnicy leje się z sufitu woda. Chciały dowiedzieć się, czy u nas nic nie przecieka (mieszkamy na parterze). Zaskoczona zrobiłam szybki przegląd łazienki i kuchni i nie zauważywszy niczego podejrzanego, stwierdziłam z ulgą, że w mieszkaniu jest wszystko w porządku. Zeszłam do piwnicy, a tam faktycznie wszystko mokre. Wezwano dyżurną ekipę z firmy, która obsługuje naszą spółdzielnię. Panowie zajrzeli do naszej łazienki i kuchni, obejrzeli wodomierz i również stwierdzili, że to nie u nas. Na szczęście sąsiad z klatki obok poddał myśl, że być może zatkana jest rynna, a deszcz zamiast spływać do niej, znalazł ujście po ścianie do piwnicy. Faktycznie, od kilku dni dość mocno lało, a rynna okazała się porządnie zatkana. Dyżurna ekipa przetkała rzeczoną winowajczynię i wszyscy spokojnie udaliśmy się na nocny odpoczynek.
  • Niestety w sobotę woda nadal leje się do piwnicy. Wilgoć błyskawicznie rozprzestrzenia się po stropie i po ścianach. Przyjeżdża kolejna dyżurna ekipa z interwencją. Panowie dokonują przeglądu naszej łazienki, kuchni i wodomierza. Znowu nic nie stwierdzają. Tłumaczę im, że wczoraj ich koledzy przetkali rynnę, która wcześniej nie przyjmowała wody i to właśnie była przyczyna zalania. Panowie ze zrozumieniem kiwają głową.
    – Woda, która się wlała, teraz musi się wylać, dlatego wciąż kapie – mówią na koniec.
  • W niedzielę deszcz już nie pada, ale w piwnicy nadal się leje. Sąsiedzi wynoszą rzeczy i podstawiają  wiaderka.
  • W poniedziałek przyjeżdża kolejna ekipa, tym razem z panem kierownikiem. Teraz oględziny są dłuższe i wnikliwsze. Ekipa zakręca w naszym mieszkaniu wodę na cztery godziny i dochodzi do wniosku, że to pękła rura, która biegnie od nas do piwnicy. Aby do niej się dostać trzeba odsunąć meble w kuchni i rozkuwać podłogę. Włosy stają mi dęba i robi mi się niedobrze (meble są oczywiście skręcane i odsunięcie ich to jakaś całkowita dewastacja!). Na szczęście pan kierownik wymyślił mniej inwazyjny sposób. Odetnie się rurę wadliwą i zaślepi, nowa zaś zostanie poprowadzona za meblami w kuchni aż do lodówki, gdzie przewierci się otwór do piwnicy, przez który puści się rurę. Problem jest tylko jeden: roboty mogą zacząć się dopiero w czwartek 😦
  • Wtorek – środa. Po napełnieniu wanny i kilku garnków wodą próbujemy przetrwać. I tak muszę wieczorem na pół godziny włączyć wodę, aby umyć stertę brudnych naczyń i uzupełnić zapasy drogocennej cieczy. Cóż, z brudu nikt nie umarł, ale nieprzyjemny zapach w łazience mógłby nas zabić ;). Aby do tego nie dopuścić, muszę mieć więcej wody w wannie.
  • Czwartek. Wreszcie zjawia się ekipa, która zaczyna działać. Odsuwają lodówkę i wiercą otwór w podłodze. Niestety radość i nadzieja na ostateczne zakończenie naszej udręki szybko gaśnie. Wiertło natrafia na opór, panowie pomimo usilnych starań nie mogą przebić się na wylot. Po trzech godzinach prób dochodzą do wniosku, że potrzebne jest dłuższe wiertło (ponad 120 cm). Nasze mieszkania, które zostało zbudowane na miejscu tzw. „przełączki” ma nietypowo grubą warstwę podłogi. Ekipa znika. Gdyby nie moje próby dodzwonienia się do pana kierownika, nikt nie raczyłby nas poinformować, że dalsze roboty zostały przełożone na następny dzień.
  • Piątek. Hurra! Jest monstrualnie długie wiertło! Niestety, roboty nadal posuwają się dość mozolnie, gdyż w wywiercony otwór wpadają kawałki gruzu. Modlę się, aby wreszcie się udało. Muszę już wyjść do pracy, proszę więc męża, aby zadzwonił do mnie, gdy panowie będą zbliżać się do finału. Około godziny 14.30 dostaję telefon. Biegnę więc do domu (dziękuję koleżance, że na chwilę zastąpiła mnie przy dzieciach) i spotykam panów, którzy już pakują sprzęt do samochodu. Zapewniają, że wszystko dobrze się udało, woda jest i „piątek trzynastego wcale nie musi być pechowy”. No pewnie, nie wierzę w przesądy. Uff! Oddycham z ulgą i szczęśliwa wracam do pracy. Z lekkim sercem będę mogła udać się na dzisiejsze spotkanie z okazji Dnia Nauczyciela!
    Półtorej godziny później otrzymuję telefon: była sąsiadka z informacją, że w piwnicy znowu leje się woda. Nogi uginają się pode mną. Błyskawicznie dzwonię do firmy, która zajmowała się naszą awarią. Oczywiście ekipa, która dzisiaj u nas pracowała jest już niedostępna. Przyjeżdżają inni panowie pełniący dyżur w piątkowe popołudnie. Nie ma mnie przy tym, gdyż jeszcze nie wróciłam z pracy. Po powrocie dowiaduję się, że obejrzeli łazienkę, kuchnię, wodomierz i … zakręcili wodę.  Odkryli, że nasz wodomierz obraca się, to znaczy, że nadal jest wyciek. Brawo!

Etap II

  • Przepłakałam noc z piątku na sobotę i połowę soboty. Zupełnie nie mam pojęcia co robić. To jakiś koszmar.
    Syn znalazł w Internecie  firmę, która posługując się nowoczesnymi metodami potrafi zlokalizować miejsce wycieku. Dzwonię więc, ciekawa czego się dowiem. Bardzo sympatyczny męski głos dopytuje o szczegóły awarii, a następnie udziela mi rady, abym spróbowała przy bojlerze zamknąć zawór z zimną wodą. Jeśli wodomierz przestanie się obracać, oznacza to, że uszkodzona jest rura z ciepłą wodą (według niego to jest bardziej prawdopodobne). W takim przypadku będę mogła korzystać z zimnej wody i mieć wodę w kibelku! Na koniec umawiamy się wstępnie na poniedziałek na diagnozę wycieku. Problem z zakręceniem dopływu zimnej wody do bojlera jest taki, że nasze urządzenie nie ma zaworu. Muszę zatem znaleźć kogoś, kto taki zawór mi założy (miły pan z firmy zapewnił mnie, że dla kogoś, kto się w tym orientuje jest to proste). Niestety w sobotnie popołudnie żaden z hydraulików, do których dzwonię nie chce podjąć się tego zadania. Podobnie dyżurna ekipa z firmy, która obsługuje naszą spółdzielnię odmawia przyjazdu, gdyż jak stwierdzili ich firma nie posiada takich zaworów. Wychodzę z psem i zaczepiam sąsiada z klatki obok. Może on mi pomoże? Sąsiad chce pomóc, zastanawia się, myśli, szuka zaworu w piwnicy. W tym czasie (wielkie nieba!) zjawia się dyżurna ekipa z firmy, do której dzwoniłam. Chyba moja siła przekonywania jest ogromna! Wprawdzie panowie nie założyli zaworu, ale odłączyli oba wężyki od bojlera i zaślepili je. Rzeczywiście sympatyczny pan miał rację! Wodomierz przestał się obracać, a woda nie leje się już do piwnicy. Nie muszę mieć zakręconej  wody w mieszkaniu.  Ciepłej wody nie ma tylko w łazience, natomiast w kuchni jest, ponieważ tam mamy osobny malutki przepływowy ogrzewacz. No, teraz da się żyć!
  • Niedziela mija w jakby w zawieszeniu i niepewności  co wydarzy się dalej? Po południu dostaję dreszczy i mam temperaturę powyżej 38 stopni.
  • W poniedziałek spotkanie z panią prezes spółdzielni i kierownikiem firmy, która w zeszłym tygodniu próbowała usunąć  awarię. Teraz słyszę, że to już nie jest sprawa administracji, oni  zrobili swoje. Działam jak automat. Dzwonię do miłego pana i proszę, aby przyjechał, potem idę do lekarza. Nie dość, że uwzięła się na mnie jakaś rura, to jeszcze zaatakował podstępny wirus!
    Za pomocą metody termowizyjnej, pan Michał zlokalizował wyciek wody pod posadzką prysznica. Nie daje gwarancji w stu procentach, bo może być tak, że wyciek jest wyżej, a woda zbiera się pod posadzką i  dlatego aparat  wskazuje to miejsce. Ważne, że wiemy mniej więcej gdzie szukać. Jeszcze ostatni telefon do pana Jana. To nasz były sąsiad z bloku, który kilka lat temu wyprowadził się za miasto, ale do dziś ma firmę remontowo-budowlaną. Oczywiście jest zajęty, ma inne zlecenia, ale postara się przyjechać jutro po południu.
  • We wtorek przybywa pan Jan z bronią w ręku, czyli narzędziami do skuwania kafelków. Usuwa cztery płytki ze ściany i dostaje się do rury. Nie widać żadnego defektu 😦
    Usuwa płytkę z podłogi, skuwa beton i… znajduje uszkodzone kolanko! Dokładnie w tym miejscu, gdzie wskazało urządzenie pana Michała. Nie dowierzam własnemu szczęściu! Udało się usunąć awarię! Na razie pan Jan wymienił zepsuty fragment rury. Dalszy ciąg naprawy, czyli załatanie dziury i położenie kafelków dopiero w przyszłym tygodniu. Czyli z prysznica jeszcze nie można korzystać. Na szczęście mamy wannę.
    Ale to nie koniec wrażeń. Kiedy pan Jan pojechał, zajęłam się sprzątaniem łazienki i z przerażeniem odkryłam, że tym razem cieknie woda spod umywalki. Znowu muszę zakręcić wodę. Pan Jan był już w połowie drogi do domu, ale zawrócił po moim telefonie. . .

Etap III

  • Po tylu wrażeniach przez całą noc z wtorku na środę nie mogłam spać. Zdarza mi się to bardzo rzadko. Na szczęście byłam na zwolnieniu lekarskim, więc w dzień mogłam się trochę wyspać.
  • Tydzień później – we wtorek pan Jan załatał dziurę w podłodze. Schła sobie dwa dni. W czwartek położył płytkę na podłodze, a w piątek cztery kafelki na ścianie. W sobotę, kiedy już wszystko wyschło, umyłam całą kabinę i wzięłam pierwszą od trzech tygodni kąpiel pod prysznicem.

Przy takim dużym kłopocie, jaki nas spotkał, nawet choroba Pawła musiała zejść na drugi plan. Mój mąż cierpliwie znosił cały ten chaos i dezorganizację codziennych zajęć. Ja czułam się bardzo przytłoczona ogromnym ciężarem, jaki musiałam dodatkowo dźwigać. Miałam poczucie, że sama  muszę sprostać tej trudnej sytuacji. To było wielkie obciążenie psychiczne.

Nabrałam też jakiegoś lęku i nieufności do urządzeń wodno-kanalizacyjnych w naszym domu. Ciągle mam wrażenie, że zaraz coś  się zepsuje. Z drugiej strony czegoś się nauczyłam (wodę potrafię sama zakręcić – nie muszę  wzywać do tego dyżurnej ekipy :)) i uświadomiłam sobie, że do codziennego funkcjonowania naszej rodziny  nie potrzebujemy używać aż tak dużej ilości wody. Zaczęłam oszczędzać wodę, więc można powiedzieć, że była to bardzo pouczająca lekcja.


Na dole pod posadzką felerne kolanko (podobno rzadko zdarza się takie uszkodzenie) 

 

Astronomka i entomolożka

Za jedną  z ciekawszych stron życia uważam ciągłą możliwość poznawania, dowiadywania się i uczenia nowych rzeczy. Postcrossing z całą pewnością temu sprzyja, o czym pisałam wcześniej (Same plusy dodatnie;)) wspominając, że zdobywamy i poszerzamy  wiedzę o krajach i miejscach na całym świecie.

Do tej pory preferowaliśmy pocztówki przedstawiające widoki miast, budowle, krajobrazy oraz mapki, gdyż dzięki nim mogliśmy choć trochę poczuć się jak podróżujący turyści.
Czasami jednak przychodzą do nas  kartki, które nie są widokówkami, a mimo to sprawiają nam równie wiele przyjemności i dostarczają nowej wiedzy.

Właśnie dzięki takim pocztówkom poznaliśmy dwie niesamowite kobiety, o których wcześniej nie słyszeliśmy.


Pocztówka od Paula z Wielkiej Brytanii

Verę Rubin – amerykańską astronomkę, autorkę rewolucyjnej teorii o ciemnej materii pierwszy raz zobaczyliśmy na pocztówce od Paula z Manchesteru. Jej nazwisko nic nam nie mówiło (no cóż, nasza, a przynajmniej moja wiedza na temat astronomii kończyła się na Koperniku, zaś najnowsze odkrycia w tej dziedzinie stanowiły dla mnie, nomen omen, ciemną materię). Dopiero gdy z pomocą przyszedł nam wujek Google, ze zdziwieniem odkryliśmy wiele interesujących faktów dotyczących Very Rubin i dziedziny, którą się zajmowała. Nasze zdziwienie było tym większe, gdy dowiedzieliśmy się, że zmarła niespełna rok temu.

Urodziła się w 1927 roku w Filadelfii i już w dzieciństwie interesowała się astronomią.  Pasję Very wspierał ojciec, który pomógł zbudować jej pierwszy teleskop, a także zabierał na spotkania amatorskiego stowarzyszenia astronomów. To dzięki ojcu nie zniechęciła się do studiowania astronomii, mimo że na Swarthmore College w Pensylwanii zasugerowano jej, aby wybrała bardziej kobiecy kierunek, na przykład malowanie obrazów o tematyce astronomicznej (!). Ostatecznie przyjęto ją do Vassar College, gdzie była jedyną absolwentką kierunku astronomii. Chciała kontynuować naukę na Uniwersytecie Princeton, ale tam nie przyjmowano kobiet na studia astronomiczne, tytuł magistra obroniła więc na Uniwersytecie Cornella, a doktorat w 1954 na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie. W 1965 roku została pierwszą kobietą, którą dopuszczono do prowadzenia obserwacji w obserwatorium w Palomar, które wówczas dysponowało najpotężniejszymi teleskopami na świecie. Na przełomie lat 60. i 70. rozpoczęła badania, które doprowadziły ją do sformułowania słynnej teorii o ciemnej materii. Początkowo koncepcja Very Rubin była odrzucana i krytykowana przez wielu naukowców. Dopiero po kilku latach teoria ta została potwierdzona. W 1981 roku Vera Rubin, jako druga kobieta astronom została członkiem National Academy of Sciences. Również jako druga kobieta w historii, w 1996 roku dostała złoty medal londyńskiego Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego. Przez całe życie podkreślała, jak ważne jest, aby kobiety robiły kariery naukowe. Miała czworo dzieci, z których wszystkie uzyskały doktorat w dziedzinach matematyczno-przyrodniczych. Vera Rubin zmarła  25 grudnia 2016 r. w wieku 88 lat.


Pocztówka od Leny z Niemiec

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę pocztówkę, nie byłam zbyt zachwycona. Pomyślałam: a cóż to za pomysł, aby przysyłać kartkę z jakimiś robakami! Zajrzałam na odwrotną stronę i odczytałam opis: „Maria Sibylla Merian (1647 – 1717), „Insekten” Tafel 54 aus „Metamorphosis Insectorum Surinamensium”. Zaintrygowana otworzyłam komputer i poszukałam więcej informacji na temat tajemniczej Marii Sibylli. Po ich przeczytaniu dokładnie przyjrzałam się obrazkowi na pocztówce. Właśnie poznałam nieprzeciętną kobietę, która wzbudziła mój podziw.

Maria Sibylla Merian urodziła się we Frankfurcie nad Menem. Już w wieku 13 lat zajmowała ją obserwacja owadów, a w szczególności motyli, ciem, jedwabników i ich gąsienic. Ojczym (malarz kwiatów) nauczył ją malarstwa i grafiki, toteż Maria dokumentowała swoje spostrzeżenia, malując poszczególne stadia rozwoju tych zwierząt. Dwa lata po ślubie, w roku 1667 wraz z mężem i córeczką przeniosła się do Norymbergii, gdzie kontynuowała swoje badania. W wieku 28 lat opublikowała swoją pierwszą książkę, która zawierała szczegółowe obrazy roślin, jakimi żywiły się gąsienice. Jako żona i matka dwóch córek  znajdowała czas na dalsze badania i pracę. Dom wypełniony był pudełeczkami, słoiczkami i roślinami. W roku 1679 wydała kolejną książkę, efekt prawie dwudziestu lat obserwacji, w której szczegółowo przedstawiła etapy przemiany gąsienicy w motyla.

Maria Sibylla Merian była nie tylko inteligentną, ale przede wszystkim niezależną kobietą. W 1685 roku opuściła męża i przeniosła się z córkami do Holandii. Tam poznała gubernatora Surinamu, a także nawiązała kontakty z innymi przyrodnikami. Zachwycona ich tropikalnymi kolekcjami roślin i owadów, sama postanowiła odbyć egzotyczną podróż do Surinamu. W XVII wieku taka przeprawa statkiem przez Atlantyk musiała trwać ponad dwa miesiące, a ponadto była niebezpieczna. W lipcu 1699 roku, mając 52 lata, Merian wraz z młodszą córką wyruszyła do Ameryki Południowej. Rezultatem  tej trwającej dwa lata ekspedycji (badaczka musiała wrócić wcześniej niż planowała, gdyż zachorowała na malarię) było  dzieło, z którego pochodzi rycina widoczna na naszej pocztówce. Pięknie wydana książka na najlepszym papierze, zawiera 60 kolorowych rycin. Jej wysoka cena spowodowała, że niewielu ludzi ją kupowało. Jednak autorka cieszyła się, że przyniosła radość zarówno miłośnikom sztuki, jak i miłośnikom owadów.

Jeszcze za życia Maria Merian zyskała sławę wielkiego przyrodnika i artystki. Zmarła 300 lat temu, 13 stycznia 1717 roku w Amsterdamie.
Po śmierci szybko zapomniana została ponownie odkryta i doceniona pod koniec XX wieku. Dziś uznawana jest za pionierkę entomologii. W jej czasach wielu przyrodników podzielało jeszcze teorię pochodzącą od Arystotelesa, która głosiła, że owady powstają z gnijącej materii. Merian była jednym z pierwszych przyrodników obserwujących bezpośrednio naturę, zamiast tworzyć fantastyczne spekulacje. Przyczyniła się do wyjaśnienia cyklu rozwojowego owadów, a jej wyprawa do Surinamu zaowocowała odkryciem wielu nieznanych gatunków roślin i zwierząt. Klasyfikacja motyli i ciem sporządzona przez Merian obowiązuje do dzisiaj. Rysunki roślin i zwierząt tropikalnych są uznawane za arcydzieła i kolekcjonowane na całym świecie.

Dwie kobiety żyjące w  odległych od siebie  czasach, zajmujące się zupełnie różnymi dziedzinami nauki, a jednak wiele je łączy. Imponuje mi ich wytrwałość  w dążeniu do celu, odwaga i determinacja w pokonywaniu przeszkód, zamiłowanie do wykonywanej pracy.

∗Zaglądałam na następujące strony:
http://wyborcza.pl/7,75400,21170614,zmarla-vera-rubin-amerykanska-astrofizyczka-dzieki-ktorej.html
https://businessinsider.com.pl/technologie/nauka/vera-rubin-kim-byla/fz8l5vm
https://pl.wikipedia.org/wiki/Maria_Sibylla_Merian
http://www.atlasobscura.com/articles/maria-sibylla-merian-artist-insects-flowers

 

 

Do you love me?

Tytuł dzisiejszego wpisu nawiązuje do jednej ze scen przepięknego musicalu „Skrzypek na dachu”, w której główny bohater pyta swoją żonę: Czy kochasz mnie? (Do you love me?). Połowica odpowiada mu coś w tym rodzaju: Mamy tyle problemów na głowie, a ty zadajesz głupie pytania. Tewje nie rezygnuje i nadal domaga się odpowiedzi, a żona za każdym razem go zbywa. Wreszcie zapytana przez niego kolejny raz, mówi:

Sama nie wiem…
Dwadzieścia pięć lat z nim żyję,
Kłócę się z nim, jadam z nim.
Dwadzieścia pięć lat on jest w moim łóżku…
Jak nie miłość, to co to jest?

W tym miesiącu obchodzimy dwie rocznice. We wrześniu poznaliśmy się,
a potem pięć lat później, również we wrześniu wzięliśmy ślub ♥ ♥ ♥
Po tylu latach bycia razem odpowiedź na  to pytanie nie jest tak prosta, jak na początku naszej wspólnej drogi. Wtedy ogromne „tak” wypełniało każdą część naszego jestestwa 😉 Dziś odpowiedź jest skomplikowana…

Tysiące problemów, codzienne zmęczenie, nerwy i  pośpiech skutecznie mogą przysłonić miłość, o której przecież nie rozmawia się codziennie. Mało tego, czasami pojawia się uczucie irytacji i rozdrażnienia, któremu bliżej do stwierdzenia „Mam już dosyć tego wszystkiego”, niż do wyznania „Kocham cię!”
Dlatego tak cenię te chwile, kiedy mamy czas, aby choć na krótko zatrzymać się w tym pędzie, wypić wspólnie herbatę, posłuchać audiobooka, spojrzeć sobie w oczy. Powinniśmy codziennie znaleźć taki moment na prawdziwe bycie razem, bo właśnie wtedy, przy tych zupełnie wydawałoby się prozaicznych czynnościach, czuję jak wypełnia mnie radość i szczęście.

A choroba? Jak wpłynęła na nasze relacje? Często myślę o niej, jako o „tej trzeciej” w naszym małżeństwie. Zazdrosnej o naszą miłość i szczęście, z roku na rok odbierającej „normalność” naszego związku. Postawiona przez życie w roli pielęgniarki i opiekunki mojego męża, nie zawsze jest mi łatwo być żoną. Z drugiej strony staram się dostrzegać Pawła nie tylko jako chorego i niepełnosprawnego człowieka, ale jako mężczyznę, którego wybrałam dwadzieścia sześć lat temu na mojego męża i na nowo wybieram każdego dnia.

Można myśleć, że choroba wpłynęła niszcząco na nasze życie i małżeństwo. Ale można również spojrzeć na to z innej strony. Jeśli do tej pory te wszystkie troski i problemy z nią związane nie zabiły naszej miłości, to znaczy, że ją wzmocniły.

 

 

Śmiechem w chorobę!

Śmiech jest lekarstwem, które każdy może sobie przepisać.
Reinhold Boller

Obecnie terapia śmiechem jest coraz częściej doceniana przez lekarzy jako metoda wspomagająca proces leczenia w różnych chorobach.  Jednym z ojców śmiechoterapii był Norman Cousins, amerykański dziennikarz, u którego zdiagnozowano  zapalenie stawów kręgosłupa, bardzo bolesną chorobę zwyrodnieniową. Lekarze dawali mu  niewielkie szanse przeżycia, określając je na 1:500. Cousins wymyślił dla siebie terapię, polegającą między innymi na oglądaniu komedii i  czytaniu wesołych książek. Po jakimś czasie bóle zmniejszyły się, a stan zdrowia zaczął się poprawiać. Po dwóch latach Cousins wrócił do pracy na pełen etat. Jego historia zaskoczyła środowisko naukowe i  rozpoczęto szereg badań dotyczących wpływu śmiechu na ludzki organizm.

Z kolei za prekursora stosowania humoru w służbie zdrowia uważany jest dr Hunter Campbell Adams, zwany również Patchem Adamsem.  Kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, z przyczepionym nosem clowna zaczął rozśmieszać małych pacjentów, środowisko medyczne było zbulwersowane. Dziś ten światowej sławy lekarz i społecznik  jest zapraszany do wielu ośrodków na całym świecie, gdzie wygłasza wykłady dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniem. Jest patronem znanego obecnie wszystkim ruchu lekarzy-klaunów, niosącym chorym dzieciom uśmiech i radość.

Badania potwierdzają lecznicze działanie śmiechu w wielu chorobach. U pacjentów z depresją zmniejsza nasilenie objawów choroby. U chorych na schizofrenię śmiech poprawia nastrój i działa przeciwlękowo.  Osoby, które często się śmieją, rzadziej chorują na chorobę niedokrwienną serca oraz zaburzenia rytmu. Badania wykazały również pozytywne skutki śmiechu u chorych na cukrzycę, reumatoidalne zapalenie stawów, atopowe zapalenie skóry.

Terapia śmiechem jest także metodą wspomagającą proces leczenia w chorobach nowotworowych. Na świecie są prowadzone sesje terapeutyczne dla pacjentów chorych na raka. W Polsce prowadzi je w Centrum Onkologii w Warszawie pan Aleksander Łamek, autor książki „Terapia śmiechem”.

W każdej chorobie potrzebne jest pozytywne myślenie, gdyż dodaje ono siły i nie pozwala się poddać. Poczucie humoru i śmiech czasami stają się jedynym orężem w tej trudnej i częstokroć niekończącej się walce. Z naszego doświadczenia wiem, że pomagają nabrać dystansu do wielu problemów, które wydają się przytłaczać i być nie do pokonania. Pośmianie się z tej głupiej choroby choć na chwilę przynosi ulgę  i pomaga oderwać się od kłopotów 🙂

O takim podejściu do choroby opowiada film „4.piętro” w reżyserii Antonia Mercero. I choć jego akcja rozgrywa się na oddziale onkologicznym, to wymowa filmu jest optymistyczna. Film bardzo nam się podobał, polecamy!  (Opis i recenzja filmu).

Na koniec dawka śmiechu: garść dowcipów na temat chorowania i służby zdrowia.

Rozmawiają dwaj lekarze:
– Mam pacjenta, który według wszystkich objawów powinien umrzeć piętnaście lat temu, a on wciąż żyje
– Bywa i tak. To tylko dowodzi faktu, że medycyna jest bezsilna, jeśli pacjent chce naprawdę żyć.

Przychodzi kucharz do lekarza i mówi:
– Panie doktorze, ostatnio zauważyłem, że nie słyszę na jedno ucho.
– A na drugie?
– Kotlet schabowy, frytki i surówka z kapusty.

Na sali operacyjnej odzywa się pielęgniarka:
– Proszę się nie bać, to całkiem prosta operacja.
– Wiem – odpowiada pacjent.
– Ale ja nie mówiłam do pana, tylko do doktora.

– Panie doktorze, to lekarstwo, które mi pan wypisał, to na co jest?
– Na Bahamy. Jeszcze tylko 48 recept…

Lekarz mówi do chorego podczas obchodu:
– Dziś kaszle pan o wiele lepiej niż wczoraj.
– Nic dziwnego, panie doktorze, przez całą noc ćwiczyłem.

Lekarz zwraca się do pielęgniarki:
– Siostro, jak się czuje pacjent spod siódemki?
– Dziś po raz pierwszy przemówił.
– I co powiedział?
– Że mu gorzej.

Wybrane fragmenty z dokumentacji medycznej

„Żadnych oznak gorączki lub dreszczy u pacjentki nie zaobserwowano, chociaż jej mąż twierdzi, że ostatniej nocy była w łóżku niezwykle gorąca.”

„Pacjent ma żonę, dwie córki i bezpośrednią przepuklinę pachwinową.”

„Pacjent został wypisany ze szpitala ze znaczną poprawą stanu zdrowia, z wyjątkiem tych bólów, które miał przy przyjęciu.”

„Na drugi dzień kolano wyglądało lepiej, a na trzeci zniknęło całkowicie”

„Puls z dobrym wypełnieniem, rytmiczny, dwa, trzy razy na dobę.”

„Pacjent w wieku pięciu tygodni, krzyczy, żadnych skarg.”

∗Korzystałam z następujących źródeł:
http://medicus.lublin.pl/2011/06/post-698/
http://www.top-ebooki.pl/dlaciebie/Terapia_smiechem.pdf
Dowcipy cytuję za tygodnikiem „Angora”

Śmiechoterapia

Po ostatnim smutnym i bardzo pesymistycznym wpisie postanowiłam jak najszybciej sięgnąć po najlepsze antidotum na ponury nastrój, jakim jest śmiechoterapia.

Dzień, w którym się nie śmiałeś, jest dniem straconym
Phil Bosmans

 O zbawiennym wpływie śmiechu na ludzkie zdrowie wiemy od dawna, lecz nie zawsze o nim pamiętamy i nie stosujemy tego cudownego lekarstwa tak często jak potrzeba.  A potrzeba codziennie 🙂

Jak wskazują badania  śmiech  przyspiesza bicie serca i krążenie krwi, dzięki czemu wymiana powietrza podczas oddychania jest czterokrotnie częstsza, więc organizm otrzymuje więcej tlenu. Wdychamy wówczas o 1 – 1,5 litra więcej powietrza! W konsekwencji mózg zostaje mocniej dotleniony, a więc zaczyna lepiej pracować, poprawia się nam koncentracja, sprawność myślenia i refleks.
Podczas śmiechu aktywizowane są mięśnie przeponowe i brzuszne, których skurcz powoduje masaż przewodu pokarmowego korzystnie działający na trawienie. Ponadto śmiech sprzyja aktywizacji limfocytów T i immunoglobuliny, istotnych dla funkcjonowania układu odpornościowego. Najważniejsze jest jednak to, że śmiech znacząco zwiększa w organizmie wydzielanie endorfin. Hormony te pozwalają pozbyć się stresu, a nawet mają działanie przeciwbólowe. Podczas śmiechu zapominamy o problemach dnia codziennego, uwalniają się pozytywne emocje i poprawia się samopoczucie. I tego nam właśnie trzeba!

Oboje zawsze lubiliśmy się śmiać i żartować. Paweł podczas swoich zajęć w szkole i na uczelni miał zwyczaj robienia krótkiej przerwy na opowiedzenie dowcipu. Teraz zainstalował sobie w swoim smartfonie aplikację, dzięki której może codziennie czytać nowe kawały. Ponadto ciągle przeszukuje YouTube w poszukiwaniu zabawnych skeczy. I choć niektóre z nich są już stare, to po jakimś czasie bawią na nowo. Dzisiaj oglądaliśmy skecz Kabaretu Smile, który ponownie  nas rozśmieszył.

Jedna dawka śmiechu zaliczona 🙂

Życie z chorobą – ciemna strona

Nie jest łatwo cały czas zachowywać optymizm, szczególnie wtedy, gdy choroba wciąż postępuje.

Żyjąc z chorobą, przyzwyczajamy się do określonego stanu i uczymy się radzić sobie z problemami, które z niego wynikają. Działamy według pewnych schematów, mamy określone sposoby postępowania. One pomagają nam funkcjonować na co dzień, pokonywać trudności i niejako akceptować daną sytuację. Najgorszy moment nadchodzi wtedy, gdy pojawia się nowy problem, który wymaga zmiany w codziennych działaniach, bo te dotąd wypracowane  nie są już wystarczające. Przystosowanie się kosztuje ogromny stres, mnóstwo nerwów, pesymizm i załamanie.

Wersja choroby, którą ma Paweł, tak właśnie przebiega. Pojawiające się kolejne pogorszenia zmuszały  nas do zmiany trybu życia i  organizacji rozkładu dnia, rezygnacji z różnych zajęć, przyzwyczajeń czy przyjemności, nakładów finansowych na konieczny sprzęt, lekarstwa, rehabilitację, zabiegi.

Za każdym razem wydawało się, że może już dość, stop, na tym koniec, ale nie…
Wtedy, gdy zaczynaliśmy sobie jakoś radzić w zmienionej sytuacji, następowało  kolejne uderzenie i towarzyszący mu złośliwy chichot choroby!

Niekiedy jest bardzo ciężko.
Nachodzą mnie ponure myśli, rozpacz i beznadzieja.
Ja jednak jakoś sobie radzę. Gorzej jest z moim mężem.

Jak pogodzić się z faktem, że jest się całkowicie zależnym od innych? Że kolejne narządy funkcjonują coraz słabiej albo w ogóle?  Że już prawie nic nie cieszy?

Patrzę na Pawła i często czuję się bezradna. I chociaż staram się ze wszystkich sił, aby każdego dnia zaświecił dla niego bodaj mały promyczek słońca,  to czasami naprawdę trudno zachować optymizm.