„Im więcej człowiek czyta książek, tym jest głupszy”

Na książkę autorstwa Jung Chang „Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin” trafiłam przypadkiem, a ściślej mówiąc, trafił na nią Paweł, kiedy szukając czegoś nowego do słuchania wpisał w wyszukiwarce hasło „ciekawy audiobook”.         Od razu zachęciła mnie notka od wydawcy, w której napisano między innymi:  „Przejmująca opowieść o trzech pokoleniach jednej rodziny, której doświadczenia tworzą niezwykły obraz przemian, jakie dokonały się w Chinach”.

Historia opowiadana przez Jung Chang rozpoczyna się od jej babki, która urodziła się w 1909 roku, a więc u schyłku cesarstwa chińskiego. Jako mała dziewczynka była poddana okrutnej tradycji krępowania stóp, a w wieku piętnastu lat została konkubiną wysoko postawionego urzędnika.                         O planowanym związku dowiedziała się na kilka dni przed ślubem. W takiej sytuacji dziewczyna nie miała nic do powiedzenia, gdyż o wszystkim decydował  ojciec, który na tym interesie wzbogacił się całkiem nieźle.

Czytając kolejne rozdziały książki, poznajemy nie tylko dalsze losy babci autorki oraz jej rodziny, ale przede wszystkim dramatyczne dzieje społeczeństwa chińskiego. I właśnie ta najnowsza historia Chin okresu drugiej połowy XX wieku zrobiła na mnie największe i jednocześnie wstrząsające wrażenie. Zanim zetknęłam się z  książką „Dzikie łabędzie”, miałam zaledwie nikłe pojęcie o tym kraju. Owszem, nazwisko „Mao Zedong” i termin „rewolucja kulturalna” obiły mi się o uszy, ale nic więcej. Teraz gdy czytałam o wszystkim, co wydarzyło się w tamtych czasach w Chinach, otwierałam szeroko oczy i usta ze zdziwienia.  Życie pod rządami Mao i Komunistycznej Partii było straszne i pełne absurdów.

  • Rodzice autorki, aby się pobrać w 1949 roku musieli otrzymać zezwolenie od Komitetu Partyjnego. Ponieważ narzeczony był ważnym urzędnikiem w Komitecie, para nie przewidywała żadnych problemów.  W dniu ślubu otrzymali jednak pismo z Prowincjonalnego Komitetu, z którego wynikało, że jeszcze nie mogą się pobrać. Dopiero kilka tygodni później otrzymali zgodę.
  • Na początku lat pięćdziesiątych urzędnicy i funkcjonariusze partyjni nie dostawali płac, ale państwo zapewniało im mieszkanie, jedzenie, ubrania i inne potrzebne rzeczy. Dostawali też małe kieszonkowe. Musieli żywić się w kantynach, gdzie jedzenie było nieapetyczne. Gotowanie w domu było zabronione.
  • W 1958 roku Mao zapragnął, aby Chiny stały się światową potęgą przemysłową w dziedzinie produkcji stali. Cel miał zostać osiągnięty dzięki zaangażowaniu całego narodu. Ludzie porzucali na wiele miesięcy swoje dotychczasowe zajęcia, gdyż każda jednostka pracy była zobowiązana wyprodukować pewną ilość stali. Lekcje w szkołach odbywały się rzadko, ponieważ nauczyciele dyżurowali przez całą dobę przy piecach, dokładając opał  i mieszając kawałki metalu, dopóki się nie stopiły. Autorka wspomina, że pewnego dnia uczniowie pojechali odwiedzić w szpitalu jedną z nauczycielek poważnie poparzoną przez roztopione żelazo. Na dziedzińcu lecznicy zobaczyli piec, do którego lekarze i pielęgniarki dzień i noc dokładali drewna. Oficjalnie oszacowano, że około sto milionów wieśniaków porzuciło pracę na roli i  zajmowało się wytopem stali. Aby starczyło opału do pieców, cały kraj został ogołocony z drzew. W kotłach lądowały wszystkie metalowe przedmioty od garnków i rondli począwszy, poprzez sztućce, sprężyny i klamki, na barierkach odgradzających chodniki od jezdni skończywszy. Dzieci współzawodniczyły między sobą w zbieraniu z ulicy najdrobniejszych kawałków żelaza, takich jak złamane gwoździe, zardzewiałe trybiki i śrubki. Nie trzeba dodawać, że jakość uzyskanego produktu była fatalna i praktycznie nie nadawała się do niczego.
    Powyższa kampania znana pod hasłem „Wielkiego Skoku” w efekcie doprowadziła do ogromnej klęski głodu. W całym kraju umarło wtedy, jak się szacuje ponad trzydzieści milionów ludzi.
  • Zainicjowana przez Mao w 1966 roku i trwająca dziesięć lat Rewolucja Kulturalna to przerażający okres w dziejach Chin. Trudno opisać w kilku zdaniach to, co wówczas się wydarzyło: nieustanne akty przemocy, dewastacja, terror i dławiące represje, które stały się przyczyną załamań nerwowych, samobójstw oraz śmierci setek tysięcy ludzi. Zadziwiający jest jednak fakt, że przez cały ten czas trwał kult wielkiego przewodniczącego. Mao potrafił doskonale manipulować ludźmi i w efekcie przekształcił cały naród w narzędzie dyktatury. Niemal wszyscy, nawet dzieci, uczestniczyli w brutalnych mityngach, biciu ofiar, plądrowaniu domów, niszczeniu zabytków i książek.
  • W czasie Rewolucji Kulturalnej, od roku 1966 do 1972 nie działały szkoły. Dzieci i młodzież praktycznie pozostawały bez kontroli. Zakazane były wszelkie rozrywki, takie jak na przykład granie w szachy, czy puszczanie latawców. Książki, z wyjątkiem dzieł Mao, zostały zniszczone, teatry i muzea zamknięte, nie powstawały żadne filmy. Młodzi ludzie wstępowali do organizacji zwanej Czerwoną Gwardią, gdzie byli zachęcani do agresji, przemocy i nienawiści.
  • W 1969 około piętnaście milionów młodzieży zostało wysłanych z miast na wieś. Zgodnie z retoryką Mao celem tej akcji miała być „reedukacja przez pracę”. Przewodniczący utrzymywał, że ludzie z jakimkolwiek wykształceniem stoją niżej od wieśniaków – analfabetów i dlatego powinni upodobnić się do nich. Na wsiach panowały niezwykle prymitywne warunki. Metody upraw były takie same jak dwa tysiące lat wcześniej. Wszystko robiono gołymi rękami, nie było maszyn ani zwierząt roboczych. Praca na polach była bardzo ciężka i męcząca, trwająca po dziesięć godzin dziennie. Młodzi ludzie, podobnie jak wieśniacy mieszkali w pełnych wilgoci glinianych chatach, w których panowały niehigieniczne warunki.
  • Z początkiem 1971 roku wielkim wynalazkiem i dobrodziejstwem Mao dla wieśniaków mieli być tzw. „bosonodzy lekarze”. Nazwa wzięła się stąd, że lekarz miał żyć tak, jak chłopi, którzy do pracy na błotnistych poletkach nie zakładali butów. Aby podnieść poziom opieki medycznej na zaniedbanych do tej pory obszarach wiejskich, wielki przywódca ofiarował wieśniakom swoiste panaceum w postaci  rzeszy „doktorów”. Skąd się wzięli w czasach, kiedy żadne szkoły ani uczelnie nie działały? To proste! Według Mao nie trzeba mieć jakiegoś specjalnego wykształcenia, wystarczy jedynie podnosić swój poziom wiedzy w trakcie praktyki. Tak pojmowane przygotowanie do zawodu było zgodne z  poczynioną kilka lat wcześniej uwagą Zedonga, która stała się wytyczną w dziedzinie opieki zdrowotnej i edukacji: „Im więcej człowiek czyta książek, tym jest głupszy”. Do dyspozycji wyprodukowanych metodą Mao pracowników medycznych była więc tylko jedna publikacja p.t.: „Podręcznik bosonogiego lekarza” zawierająca opisy symptomów i zalecane recepty.
  • W czasach Rewolucji Kulturalnej dziesiątki milionów chińskich małżeństw żyło osobno. Przysługiwało im jedynie dwanaście dni wspólnego pobytu rocznie. Prawo to nie dotyczyło oczywiście tych małżeństw, które zostały rozdzielone z powodu zesłania do obozów pracy. W całych Chinach zbudowano tysiące takich obozów.
  • Pod koniec 1972 roku, po sześcioletniej przerwie zaczęto otwierać szkoły i uczelnie. Jednakże kandydaci na studia nie mogli sami decydować o wyborze kierunku, gdyż to byłoby poczytane za zbyt daleko posunięty indywidualizm, czyli kapitalistyczny występek. Tak więc przyszli studenci musieli przygotowywać się do egzaminów, nie wiedząc, co będą studiować.
  • Rekrutacja na studia to kolejna seria absurdów. Do studiowania należało dopuścić przede wszystkim robotników i chłopów. Osoby pragnące dostać się na uczelnie musiały najpierw dostać rekomendację swojej jednostki produkcyjnej. Autorka książki opisuje, że jej okręg,  któremu podlegało dwadzieścia trzy zakłady, otrzymał jedno miejsce na wydziale języków obcych Uniwersytetu Syczuańskiego i każda fabryka z tego okręgu mogła desygnować tylko jednego kandydata.  A zatem, jeśli chętnych do studiowania w danym zakładzie było więcej, to ich los leżał w rękach pozostałych pracowników, gdyż  to oni  przez głosowanie decydowali, kto będzie miał szansę na dalszą naukę.
  • Ponieważ przewodniczący Mao nie lubił słowa „egzamin” , ówczesny premier Zhou Enlai zastąpił je terminem „badanie możliwości kandydata w zakresie opanowania pewnych podstawowych elementów wiedzy oraz jego zdolności analizowania i rozwiązywania konkretnych problemów”. Jak wspomina Jung Chang pytania egzaminacyjne były bardzo proste i z wszystkich przedmiotów otrzymała bardzo dobre oceny. Niestety, egzaminy te zostały unieważnione, a to za sprawą jednego z kandydatów, który nie radząc sobie z zadaniami, oddał komisji czystą kartkę wraz z listem. Napisał w nim, że wprowadzenie egzaminów stanowi początek „kapitalistycznej restauracji”. Odwoływanie się do wiedzy kandydatów zostało potępione i nazwane „burżuazyjną dyktaturą”, a o przyjęciu na studia miało decydować wyłącznie ich „polityczne zachowanie” .

W książce można znaleźć jeszcze więcej opisów zarówno absurdalnych, jak i wstrząsających sytuacji i faktów, które składały się na ówczesną rzeczywistość Chin. Jak w takich realiach można było przetrwać, utrzymać więzi z bliskimi, nie stracić wiary w ideały? Odpowiedzi trzeba szukać w  poruszającej historii rodziny Jung Chang rozgrywającej się w tle tamtych wydarzeń, ponieważ  „Dzikie łabędzie” to także opowieść o niesamowitej odwadze, wytrwałości i miłości.

Książka tak bardzo mi się podobała, że przeczytałam ją dwa razy (w formie audiobooka i w formie papierowej), opowiadałam o niej rodzinie i znajomym i oczywiście zachęcałam do jej poznania. Byłam bardzo zaskoczona, gdy dowiedziałam, że „Dzikie łabędzie”  po raz pierwszy ukazały się w 1991 roku, a polscy czytelnicy mogli je przeczytać  już w 1995 r. (wtedy zostały wydane przez dwa wydawnictwa: Świat Książki oraz PRIMA). Najnowsze wydanie książki ukazało się w Wydawnictwie Znak Literanova w 2017 r.

Autorka książki Jung Chang w 1978 roku wyjechała do Wielkiej Brytanii jako stypendystka Uniwersytetu Syczuańskiego i tam mieszka do dziś. „Dzikie łabędzie” zostały przetłumaczone  na 37 języków, w tym również chiński, ale w Chinach są do dziś zakazane.

Reklamy