Armagedon czyli awaria w domu

Zdarzyła nam się w domu awaria. Powrót do „normalności”  czyli  stanu sprzed trwał trzy tygodnie.

Etap I

  • W piątek wieczorem przyszły do nas dwie sąsiadki z informacją, że w piwnicy leje się z sufitu woda. Chciały dowiedzieć się, czy u nas nic nie przecieka (mieszkamy na parterze). Zaskoczona zrobiłam szybki przegląd łazienki i kuchni i nie zauważywszy niczego podejrzanego, stwierdziłam z ulgą, że w mieszkaniu jest wszystko w porządku. Zeszłam do piwnicy, a tam faktycznie wszystko mokre. Wezwano dyżurną ekipę z firmy, która obsługuje naszą spółdzielnię. Panowie zajrzeli do naszej łazienki i kuchni, obejrzeli wodomierz i również stwierdzili, że to nie u nas. Na szczęście sąsiad z klatki obok poddał myśl, że być może zatkana jest rynna, a deszcz zamiast spływać do niej, znalazł ujście po ścianie do piwnicy. Faktycznie, od kilku dni dość mocno lało, a rynna okazała się porządnie zatkana. Dyżurna ekipa przetkała rzeczoną winowajczynię i wszyscy spokojnie udaliśmy się na nocny odpoczynek.
  • Niestety w sobotę woda nadal leje się do piwnicy. Wilgoć błyskawicznie rozprzestrzenia się po stropie i po ścianach. Przyjeżdża kolejna dyżurna ekipa z interwencją. Panowie dokonują przeglądu naszej łazienki, kuchni i wodomierza. Znowu nic nie stwierdzają. Tłumaczę im, że wczoraj ich koledzy przetkali rynnę, która wcześniej nie przyjmowała wody i to właśnie była przyczyna zalania. Panowie ze zrozumieniem kiwają głową.
    – Woda, która się wlała, teraz musi się wylać, dlatego wciąż kapie – mówią na koniec.
  • W niedzielę deszcz już nie pada, ale w piwnicy nadal się leje. Sąsiedzi wynoszą rzeczy i podstawiają  wiaderka.
  • W poniedziałek przyjeżdża kolejna ekipa, tym razem z panem kierownikiem. Teraz oględziny są dłuższe i wnikliwsze. Ekipa zakręca w naszym mieszkaniu wodę na cztery godziny i dochodzi do wniosku, że to pękła rura, która biegnie od nas do piwnicy. Aby do niej się dostać trzeba odsunąć meble w kuchni i rozkuwać podłogę. Włosy stają mi dęba i robi mi się niedobrze (meble są oczywiście skręcane i odsunięcie ich to jakaś całkowita dewastacja!). Na szczęście pan kierownik wymyślił mniej inwazyjny sposób. Odetnie się rurę wadliwą i zaślepi, nowa zaś zostanie poprowadzona za meblami w kuchni aż do lodówki, gdzie przewierci się otwór do piwnicy, przez który puści się rurę. Problem jest tylko jeden: roboty mogą zacząć się dopiero w czwartek 😦
  • Wtorek – środa. Po napełnieniu wanny i kilku garnków wodą próbujemy przetrwać. I tak muszę wieczorem na pół godziny włączyć wodę, aby umyć stertę brudnych naczyń i uzupełnić zapasy drogocennej cieczy. Cóż, z brudu nikt nie umarł, ale nieprzyjemny zapach w łazience mógłby nas zabić ;). Aby do tego nie dopuścić, muszę mieć więcej wody w wannie.
  • Czwartek. Wreszcie zjawia się ekipa, która zaczyna działać. Odsuwają lodówkę i wiercą otwór w podłodze. Niestety radość i nadzieja na ostateczne zakończenie naszej udręki szybko gaśnie. Wiertło natrafia na opór, panowie pomimo usilnych starań nie mogą przebić się na wylot. Po trzech godzinach prób dochodzą do wniosku, że potrzebne jest dłuższe wiertło (ponad 120 cm). Nasze mieszkania, które zostało zbudowane na miejscu tzw. „przełączki” ma nietypowo grubą warstwę podłogi. Ekipa znika. Gdyby nie moje próby dodzwonienia się do pana kierownika, nikt nie raczyłby nas poinformować, że dalsze roboty zostały przełożone na następny dzień.
  • Piątek. Hurra! Jest monstrualnie długie wiertło! Niestety, roboty nadal posuwają się dość mozolnie, gdyż w wywiercony otwór wpadają kawałki gruzu. Modlę się, aby wreszcie się udało. Muszę już wyjść do pracy, proszę więc męża, aby zadzwonił do mnie, gdy panowie będą zbliżać się do finału. Około godziny 14.30 dostaję telefon. Biegnę więc do domu (dziękuję koleżance, że na chwilę zastąpiła mnie przy dzieciach) i spotykam panów, którzy już pakują sprzęt do samochodu. Zapewniają, że wszystko dobrze się udało, woda jest i „piątek trzynastego wcale nie musi być pechowy”. No pewnie, nie wierzę w przesądy. Uff! Oddycham z ulgą i szczęśliwa wracam do pracy. Z lekkim sercem będę mogła udać się na dzisiejsze spotkanie z okazji Dnia Nauczyciela!
    Półtorej godziny później otrzymuję telefon: była sąsiadka z informacją, że w piwnicy znowu leje się woda. Nogi uginają się pode mną. Błyskawicznie dzwonię do firmy, która zajmowała się naszą awarią. Oczywiście ekipa, która dzisiaj u nas pracowała jest już niedostępna. Przyjeżdżają inni panowie pełniący dyżur w piątkowe popołudnie. Nie ma mnie przy tym, gdyż jeszcze nie wróciłam z pracy. Po powrocie dowiaduję się, że obejrzeli łazienkę, kuchnię, wodomierz i … zakręcili wodę.  Odkryli, że nasz wodomierz obraca się, to znaczy, że nadal jest wyciek. Brawo!

Etap II

  • Przepłakałam noc z piątku na sobotę i połowę soboty. Zupełnie nie mam pojęcia co robić. To jakiś koszmar.
    Syn znalazł w Internecie  firmę, która posługując się nowoczesnymi metodami potrafi zlokalizować miejsce wycieku. Dzwonię więc, ciekawa czego się dowiem. Bardzo sympatyczny męski głos dopytuje o szczegóły awarii, a następnie udziela mi rady, abym spróbowała przy bojlerze zamknąć zawór z zimną wodą. Jeśli wodomierz przestanie się obracać, oznacza to, że uszkodzona jest rura z ciepłą wodą (według niego to jest bardziej prawdopodobne). W takim przypadku będę mogła korzystać z zimnej wody i mieć wodę w kibelku! Na koniec umawiamy się wstępnie na poniedziałek na diagnozę wycieku. Problem z zakręceniem dopływu zimnej wody do bojlera jest taki, że nasze urządzenie nie ma zaworu. Muszę zatem znaleźć kogoś, kto taki zawór mi założy (miły pan z firmy zapewnił mnie, że dla kogoś, kto się w tym orientuje jest to proste). Niestety w sobotnie popołudnie żaden z hydraulików, do których dzwonię nie chce podjąć się tego zadania. Podobnie dyżurna ekipa z firmy, która obsługuje naszą spółdzielnię odmawia przyjazdu, gdyż jak stwierdzili ich firma nie posiada takich zaworów. Wychodzę z psem i zaczepiam sąsiada z klatki obok. Może on mi pomoże? Sąsiad chce pomóc, zastanawia się, myśli, szuka zaworu w piwnicy. W tym czasie (wielkie nieba!) zjawia się dyżurna ekipa z firmy, do której dzwoniłam. Chyba moja siła przekonywania jest ogromna! Wprawdzie panowie nie założyli zaworu, ale odłączyli oba wężyki od bojlera i zaślepili je. Rzeczywiście sympatyczny pan miał rację! Wodomierz przestał się obracać, a woda nie leje się już do piwnicy. Nie muszę mieć zakręconej  wody w mieszkaniu.  Ciepłej wody nie ma tylko w łazience, natomiast w kuchni jest, ponieważ tam mamy osobny malutki przepływowy ogrzewacz. No, teraz da się żyć!
  • Niedziela mija w jakby w zawieszeniu i niepewności  co wydarzy się dalej? Po południu dostaję dreszczy i mam temperaturę powyżej 38 stopni.
  • W poniedziałek spotkanie z panią prezes spółdzielni i kierownikiem firmy, która w zeszłym tygodniu próbowała usunąć  awarię. Teraz słyszę, że to już nie jest sprawa administracji, oni  zrobili swoje. Działam jak automat. Dzwonię do miłego pana i proszę, aby przyjechał, potem idę do lekarza. Nie dość, że uwzięła się na mnie jakaś rura, to jeszcze zaatakował podstępny wirus!
    Za pomocą metody termowizyjnej, pan Michał zlokalizował wyciek wody pod posadzką prysznica. Nie daje gwarancji w stu procentach, bo może być tak, że wyciek jest wyżej, a woda zbiera się pod posadzką i  dlatego aparat  wskazuje to miejsce. Ważne, że wiemy mniej więcej gdzie szukać. Jeszcze ostatni telefon do pana Jana. To nasz były sąsiad z bloku, który kilka lat temu wyprowadził się za miasto, ale do dziś ma firmę remontowo-budowlaną. Oczywiście jest zajęty, ma inne zlecenia, ale postara się przyjechać jutro po południu.
  • We wtorek przybywa pan Jan z bronią w ręku, czyli narzędziami do skuwania kafelków. Usuwa cztery płytki ze ściany i dostaje się do rury. Nie widać żadnego defektu 😦
    Usuwa płytkę z podłogi, skuwa beton i… znajduje uszkodzone kolanko! Dokładnie w tym miejscu, gdzie wskazało urządzenie pana Michała. Nie dowierzam własnemu szczęściu! Udało się usunąć awarię! Na razie pan Jan wymienił zepsuty fragment rury. Dalszy ciąg naprawy, czyli załatanie dziury i położenie kafelków dopiero w przyszłym tygodniu. Czyli z prysznica jeszcze nie można korzystać. Na szczęście mamy wannę.
    Ale to nie koniec wrażeń. Kiedy pan Jan pojechał, zajęłam się sprzątaniem łazienki i z przerażeniem odkryłam, że tym razem cieknie woda spod umywalki. Znowu muszę zakręcić wodę. Pan Jan był już w połowie drogi do domu, ale zawrócił po moim telefonie. . .

Etap III

  • Po tylu wrażeniach przez całą noc z wtorku na środę nie mogłam spać. Zdarza mi się to bardzo rzadko. Na szczęście byłam na zwolnieniu lekarskim, więc w dzień mogłam się trochę wyspać.
  • Tydzień później – we wtorek pan Jan załatał dziurę w podłodze. Schła sobie dwa dni. W czwartek położył płytkę na podłodze, a w piątek cztery kafelki na ścianie. W sobotę, kiedy już wszystko wyschło, umyłam całą kabinę i wzięłam pierwszą od trzech tygodni kąpiel pod prysznicem.

Przy takim dużym kłopocie, jaki nas spotkał, nawet choroba Pawła musiała zejść na drugi plan. Mój mąż cierpliwie znosił cały ten chaos i dezorganizację codziennych zajęć. Ja czułam się bardzo przytłoczona ogromnym ciężarem, jaki musiałam dodatkowo dźwigać. Miałam poczucie, że sama  muszę sprostać tej trudnej sytuacji. To było wielkie obciążenie psychiczne.

Nabrałam też jakiegoś lęku i nieufności do urządzeń wodno-kanalizacyjnych w naszym domu. Ciągle mam wrażenie, że zaraz coś  się zepsuje. Z drugiej strony czegoś się nauczyłam (wodę potrafię sama zakręcić – nie muszę  wzywać do tego dyżurnej ekipy :)) i uświadomiłam sobie, że do codziennego funkcjonowania naszej rodziny  nie potrzebujemy używać aż tak dużej ilości wody. Zaczęłam oszczędzać wodę, więc można powiedzieć, że była to bardzo pouczająca lekcja.


Na dole pod posadzką felerne kolanko (podobno rzadko zdarza się takie uszkodzenie) 

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Armagedon czyli awaria w domu

  1. Luiza

    Aniu, współczuję Wam szczerze takiej przeprawy. To bardzo obciąża psychikę i dezorganizuje życie domowe. Najgorsze, gdy nie można zdiagnozować przyczyny awarii, gdy ekipa nie angażuje się specjalnie, a potem nie spieszy się z robotą. Wiemy coś, gdy przebudowywano nam prysznic i groziła wizja skuwania podłogi do rury w piwnicy u sąsiada…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s