Marzenia się spełniają!

W postcrossingu, oprócz oficjalnej i rejestrowanej wymiany, można także nawiązywać kontakty z osobami, które chcą wymieniać się kartkami bezpośrednio. Nam również zdarzyło się wysłać parę pocztówek do takich osób. Efektem tego jest bardzo sympatyczna postcrossingowa znajomość z Rossem.

Ross mieszka w  USA, w stanie Alabama i jest już na emeryturze. Kilka tygodni temu wybrał się ze swoim wnukiem w podróż do Kalifornii i stamtąd wysłał nam kilka kartek 🙂

Nowy Meksyk to stan leżący na południowym zachodzie USA. Jego powierzchnia jest nieco większa niż powierzchnia Polski – 315 194 km², lecz pod względem liczby ludności (2 059 178) to prawie pustkowie. Gęstość zaludnienia wynosi tu zaledwie 5,79 osób na kilometr kwadratowy. Krajobrazy stanu to ogromne pustynie, wzgórza, doliny i wąwozy. Główną rzeką tej suchej krainy jest Rio Grande.

O Route 66 wspominałam już we wpisie „Palcem po mapce”. Droga swoją świetność przeżywała w latach trzydziestych XX wieku. Nazywana główną drogą (the Main Street of America), gdyż przebiegała przez centra wielu amerykańskich miast. Steinbeck w swojej słynnej powieści „Grona gniewu” nadał jej miano Drogi Matki (the Mother Road), ponieważ  była szansą dla uciekających przed burzami pyłowymi osadników z Oklahomy, szukających lepszego życia w Kalifornii. Po II wojnie Droga 66 osiągnęła kultowy status. Rozsławiona w piosence „Get Your Kicks On Route 66” między innymi przez takich wykonawców jak Nat King Cole, Chuck Berry, The Rolling Stones. Kiedy zaczęto rozbudowywać sieć autostrad, znaczenie Drogi malało, aż wreszcie w 1985 roku została skreślona z listy krajowych autostrad. Dziś stanowi atrakcję turystyczną i ciągle jest wielu chętnych, aby przemierzać jej kilometry, zatrzymywać się przy urokliwych restauracyjkach i w  przydrożnych barach. Na jej szlaku czeka na turystów wiele niespodzianek  jak na przykład widoczny na zdjęciu parking z oldskulowymi samochodami przy jednym z moteli w Arizonie.

Oto słynny Wielki Kanion Kolorado! Jego długość wynosi 446 km, natomiast szerokość waha się od kilkuset metrów do 29 km. Maksymalna głębokość kanionu wynosi 1857 m! Na tym terenie w 1919 roku utworzono Park Narodowy, który został wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1979 r. Barwy Wielkiego Kanionu zmieniają się w zależności od pory roku, pogody i  pory dnia. Ross napisał, że zachwyciła go cała paleta odcieni czerwieni i pomarańczy, kiedy chwilę przed zachodem słońca podziwiał ten cud natury.

Piaszczysto – żwirowa pustynia Mojave położona jest we wschodniej części Kalifornii. Na jej terenie znajdują się między innymi Rezerwat Narodowy Mojave, Park Narodowy Joshua Tree, Dolina Śmierci, a także wojskowa baza Edwards Air Force. Pustynia swoją nawę  zawdzięcza plemieniu Indian Mohave, które zamieszkiwało te tereny. Na Mojave znajduje się wiele opuszczonych miast, np. Kelso, w którym można zobaczyć zachowaną starą stację kolejową.

Nasz korespondencyjny znajomy osiągnął cel swojej podróży: dotarł do wybrzeża Pacyfiku. Zdjęcie przedstawia fragment drogi stanowej California State Route 1, oznakowanej na niektórych odcinkach jako: Pacific Coast Highway, Cabrillo Highway, Coast Highway. Znana jest na całym świecie, ponieważ biegnie wzdłuż jednej z najładniejszych linii brzegowych w Stanach Zjednoczonych.

Ross swoimi pocztówkami sprawił nam ogromną przyjemność! Nie tylko wybrał dla nas piękne widokówki, ale na każdej z nich krótko opisał przedstawione miejsce oraz swoje wrażenia. Poczuliśmy się jak w podróży!

No i marzenia się spełniają! Jeszcze rok temu nie wiedziałam, skąd mogłabym zdobyć pocztówki z USA, a dziś mam ich cały komplet.

Źródło: Wikipedia

Venimus,vidimus…

Odkąd Paweł przestał pracować, bardzo rzadko wychodzimy z domu. Dziś trudno mi uwierzyć, że dawaliśmy radę codziennie wcześnie rano wstać, zebrać się, wsiąść do samochodu, dojechać na miejsce, a potem wrócić. Już samo „zebrać się” kryło w sobie tysiące trudności, które należało przezwyciężyć. Dawniej, kiedy Paweł był jeszcze samodzielny, nie było z tym oczywiście żadnych problemów. Jednak w miarę, jak choroba postępowała, zwiększała się też  niepełnosprawność. W końcu doszło do tego, że musiałam  pomagać mu we wszystkich czynnościach, zanim udało nam się wyjść.

Obecnie, każde nasze wyjście z domu to całe przedsięwzięcie, zawsze związane z dużą dawką stresu. Największym problemem do przezwyciężenia jest częste  zmęczenie, które pojawia się u Pawła. Musimy zatem tak zaplanować czas, aby mój mąż zdążył przed wyjściem poleżeć i odpocząć. Nie jest to niestety stuprocentowa gwarancja jego dobrego samopoczucia, gdyż ono zależy od wielu różnych czynników, do których zdrowy człowiek na ogół nie przywiązuje wagi.
Przygotowując się do wyjścia, zawsze muszę pomyśleć o zabraniu odpowiedniego ubrania dla Pawła. Ponieważ sam nie porusza się, więc marznie o wiele szybciej, nawet wtedy kiedy inni nie odczuwają zimna. Z  kolei zbyt wysoka temperatura momentalnie go osłabia, tak więc bardzo trudno trafić nam na idealną dla nas pogodę 😦

Kolejną trudnością jest wpakowanie się do samochodu. Z wielką precyzją ustawiam wózek przy drzwiach, dziesiątki razy przesuwam stopy Pawła, tak aby były ustawione w optymalnej odległości i wreszcie podnoszę go. Nie zawsze udaje mi się to za pierwszym razem. Gdy go podniosę, muszę wykonać skomplikowany manewr polegający na odwróceniu Pawła tyłem do siedzenia, a następnie posadzeniu go w samochodzie. Tu pojawia się kolejny kłopot spowodowany spastycznością jego mięśni, która sprawia, że muszę się sporo namęczyć, zanim ułożę Pawła w miarę wygodnej pozycji. Zwykle zjeżdża z fotela, gdyż biodra nie są ułożone odpowiednio głęboko, a nogi prostują się lub przechylają niezgodnie z naszym zamierzeniem. Wreszcie po kolejnych minutach prób, kiedy mój mąż siedzi po japońsku czyli „jako tako” 😉 możemy jechać.

Nie jestem mistrzem manewrowania samochodem, szczególnie przy parkowaniu, więc moim marzeniem byłyby szerokie i zawsze wolne miejsca do zatrzymania. Przy wysiadaniu z osobą na wózku inwalidzkim to marzenie staje się  konieczną potrzebą, którą nie zawsze udaje się nam zaspokoić, dlatego przy szukaniu miejsca na postój z reguły towarzyszy mi kolejny stres. Po zatrzymaniu się pozostaje „tylko” sprawne przeniesienie Pawła na wózek i już możemy rozkoszować się zaplanowanymi na ten dzień przyjemnościami.

Wszystkie te opisane powyżej atrakcje są przyczyną, z powodu której niezbyt chętnie i niezbyt często wychodzimy z domu. Towarzyszy nam jakiś lęk przed podejmowaniem kolejnego wysiłku okupionego mnóstwem trudności i nerwów.
Im rzadziej wychodzimy, z tym większą niechęcią myślimy o wybraniu się gdziekolwiek. I tak mija dzień za dniem…

W końcu nadeszły wakacje. Myślę sobie:  dość tego! W ciągu roku Paweł spędza prawie cały czas w domu, patrząc na świat tylko przez okno (oknem na świat jest obecnie  smartfon, który zastąpił telewizor;)). Właśnie teraz, kiedy mam więcej wolnego czasu i mniej obowiązków, musimy coś zmienić i częściej wychodzić z domu! Świetną okazją są różne wydarzenia kulturalne, których latem w Krakowie dużo odbywa się na zewnątrz. Przeanalizowaliśmy program imprez, omówiliśmy i zaplanowaliśmy nasze wyjście. Decyzja podjęta! Wychodzimy!

Dotarliśmy na miejsce. Paweł dawno tu nie był. Trochę się zmieniło. Wokół dużo ludzi, coś się dzieje, wiele wrażeń. Oglądaliśmy przedstawienie. Niestety nie wytrwaliśmy do końca. Trochę dlatego, że Pawłowi zrobiło się chłodno (pomimo że w trakcie ubrałam mu kilka warstw), trochę dlatego, że był już zmęczony i ciągle przechylał się na wózku, trochę dlatego, że spektakl jakoś specjalnie nas nie zachwycił.

Późna pora i wysiłek włożony w całą tę wyprawę spowodowały, że wróciliśmy wykończeni. Pierwszą rzeczą, której Paweł najbardziej pragnął to położyć się i odpocząć.
Czy warto było tak się męczyć i stresować? Przecież przedstawienie nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia.

Mówię do Pawła:
– Mogłeś zostać w domu, a ja poszłabym sama. Wtedy byśmy się nie zmęczyli, ale nie przeżylibyśmy tego razem. Nie moglibyśmy wspólnie ocenić, czy nam się podobało, czy nie. Nie byłabym w stanie przekazać ci tego, co sama widziałam, a tak uczestniczyliśmy w tym oboje. A poza tym, przekonaliśmy się, że dajemy radę pokonać tyle trudności. Udało nam się zapakować do samochodu, dojechać, zaparkować, być tam (nawet jeśli niedługo – to co z tego?) i szczęśliwie wrócić! Czy to mało? Czy nie warto było?

A zatem:
przybyliśmy, zobaczyliśmy, zwyciężyliśmy…
Zwyciężyliśmy, pokonując swój lęk, strach, obawy…

 

 

Matematycy jakich nie znamy

Jestem matematykiem.
Niejednokrotnie, kiedy zdarzało mi się w rozmowie wyznać tę prawdę o sobie, spotykałem się z reakcją rozmówcy: ” O, z matematyki to ja zawsze byłem słaby…” albo gorzej: „nigdy nie lubiłem tego przedmiotu”. Nie wiedzieć dlaczego, wspomnienie matematyki w wielu osobach budzi jakieś dawno uśpione upiory. Również obraz człowieka parającego się tą dziedziną nauki, nie jawi wśród społeczeństwa zbyt pozytywnie. Stereotypowy matematyk to roztargniony i zupełnie nieżyciowy facet, zanudzający swoje otoczenie problemami, których nikt nie może pojąć. Nic go nie interesuje oprócz matematyki i jest straszliwie nudny!

Z drugiej strony można zapytać: ilu znamy matematyków? W trakcie swojej ogólnokształcącej edukacji w szkole podstawowej i szkołach ponadpodstawowych większość z nas zetknęła się co najwyżej z Talesem i Pitagorasem. Kiedy wysilimy pamięć, przypomni nam się jeszcze parę nazwisk związanych z jakimś twierdzeniem lub wzorem. Niestety z tymi nazwiskami najczęściej nie kojarzą nam się żadne konkretne postacie.

A ilu znamy polskich matematyków?  Z łatwością jesteśmy w stanie wymienić naszych poetów, pisarzy, malarzy czy kompozytorów – uczyliśmy się o nich w szkole. Natomiast o matematykach podręczniki raczej nie wspominają, choć z przedmiotem mamy do czynienia od pierwszej klasy. Tymczasem prace i dokonania wielu z nich są znane i cenione również za granicą.
Oto  dwóch wybitnych polskich matematyków.  Obaj stanowczo odbiegają od opisanego powyżej stereotypu, a  ich barwne osobowości wzbudzają niekłamany podziw i żywe zainteresowanie.

HUGO STEINHAUS
Urodzony w 1887 r. w Jaśle, zmarł w 1972 r. we Wrocławiu. Na polu matematycznym specjalizował się w analizie funkcjonalnej, choć był również autorem prac z zakresu teorii gier, topologii, teorii mnogości, szeregów trygonometrycznych, szeregów ortogonalnych, teorii funkcji rzeczywistych. Był jednym z współtwórców słynnej do dziś lwowskiej szkoły matematycznej działającej w dwudziestoleciu międzywojennym. Po II wojnie był współorganizatorem wrocławskiego środowiska naukowo-intelektualnego. W wielu swoich pracach wskazywał na zastosowanie matematyki w innych dyscyplinach, m.in. ekonomii, medycynie, biologii, socjologii, kartografii. Był również popularyzatorem matematyki (jego  słynny „Kalejdoskop matematyczny” wydany w 1938 r. został przetłumaczony na dziesięć języków!).

We wspomnieniach jego przyjaciół, współpracowników i uczniów Steinhaus  określany jest jako jedna z najbarwniejszych i niezapomnianych postaci intelektualnego środowiska: humanista, przenikliwy obserwator życia, oryginalny myśliciel, obdarzony ciętym dowcipem mistrz słowa i wielki uczony. Jedną z pasji matematyka był język polski i dbałość o jego czystość. Popularne były aforyzmy i powiedzenia jego autorstwa, które nazywano „hugonotkami” lub „steinhausenkami”, a przez krytyków porównywane do „Myśli nieuczesanych” Stanisława Jerzego Leca. Ukazywały się w „Wiadomościach Matematycznych”, „Problemach” i „Szpilkach”, dopiero w 1980 r. zostały wydane w książeczce „Słownik racjonalny”. Niektóre z nich bawią i śmieszą, inne skłaniają do refleksji: „Na starość jest młodość potrzebniejsza niż za młodu”, „Mędrzec widzi w lustrze głupca, głupiec przeciwnie”,”Dowcipem nie należy celować, tylko trafiać”, „Ogłupiony przez kobiety – erotuman”, „Geniusz – gen i już”

Pod koniec życia zaczął tracić pamięć. Kiedy był w szpitalu, dzień przed śmiercią wstał i rozpoczął wykład: „Niech będzie dana kula wielka jak Słońce i płaszczyzna do niej styczna…” Na jego nagrobku żona kazała wyryć słowa, które były tytułem jednej z jego książek: „Między duchem a materią pośredniczy matematyka”.

STEFAN BANACH
To kolejna legendarna postać związana z lwowską szkołą matematyczną, genialny umysł, jeden z największych matematyków XX wieku, ceniony na świecie naukowiec, którego przełomowa praca „Teoria operacji liniowych” przyczyniła się do rozwoju analizy funkcjonalnej. Jego biografia jest niesamowita i zaskakująca!

Urodził się w 1892 roku w Krakowie, jako nieślubne dziecko niepiśmiennej służącej i rekruta c.k. armii, oddany pod opiekę rodziny zastępczej, wychowywał się bez rodziców. Był samoukiem i nie ukończył żadnych studiów (zaliczył tylko dwa lata na Politechnice Lwowskiej), a mimo to został profesorem!

Już początek jego kariery wydaje się niezwykły i wiąże się z niecodziennym wydarzeniem. Otóż Hugo Steinhaus, przechadzając się w 1916 roku Plantami w Krakowie, usłyszał dobiegające z jednej z ławek słowa oznaczające terminy znane wówczas tylko nielicznym matematykom. Zaintrygowany podszedł do rozmawiających dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Stefan Banach. Znajomość ta, jak się później okazało, była brzemienna w skutki tak dla obu panów, jak i dla matematyki! Doktor Steinhaus, kiedy zorientował się, jaki odkrył talent, ściągnął Banacha do Lwowa, gdzie ten otrzymał pracę asystenta na Politechnice Lwowskiej. Do pozostania na uczelni potrzebny był doktorat, jednak Banach nie bardzo spieszył się z napisaniem pracy doktorskiej. „Wolał dyskutować, wyrzucając z siebie kolejne pomysły w tempie, któremu nikt nie był w stanie dorównać, nie dbając o ich zapisywanie […] przelewanie myśli na papier sprawiało mu trudności i nudziło.”  Twierdzenia i dowody Banacha zostały w końcu spisane przez…współpracowników, a następnie opublikowane  w „Fundamenta Mathematicae” i uznane za znakomitą pracę doktorską. Również z obroną tejże pracy wiąże się osobliwa historia: „Któregoś dnia został poproszony do dziekanatu, gdzie – usłyszał – czekają jacyś ludzie, którzy mają pewne problemy matematyczne i tylko on może pomóc im je rozwiązać. „Banach udał się zatem do wskazanego pokoju i chętnie odpowiadał na wszystkie pytania, nieświadom tego, że właśnie zdaje egzamin doktorski przed komisją specjalnie w tym celu przybyłą z Warszawy” – wspominał Andrzej Turowicz.” Ominięcie tych wszystkich procedur związanych z pracą na uczelni, było możliwe głównie dzięki Steinhausowi, który zdawał sobie sprawę, z jakim nieprzeciętnym umysłem ma do czynienia.

Rzeczywiście, wkrótce  gwiazda Banacha rozbłysła na matematycznym firmamencie: od 1927 r.profesor zwyczajny, stał się największym autorytetem w dziedzinie analizy funkcjonalnej, był autorem ponad 60 prac i twórcą wielu twierdzeń o fundamentalnym znaczeniu dla różnych działów matematyki, członek kilku towarzystw naukowych i kilkukrotny laureat nagród. Co ciekawe, Banachowi najlepiej pracowało się przy kawiarnianym stoliku, w oparach alkoholu i  dymu papierosowego. Gwar i muzyka nie przeszkadzały mu w skupieniu się nad skomplikowanymi zagadnieniami matematycznymi. Wręcz przeciwnie, w zaciszu gabinetu przy biurku rzadko można było go spotkać. Lubił zabawę, taniec i zdarzało się, że na wykłady przychodził prosto z balu. Zupełnie nie przystawał do ówczesnego wzorca intelektualisty i naukowca…
Przeżył wojnę we Lwowie, niestety po wojnie do Polski już nie dotarł. Zmarł w sierpniu 1945 r na raka płuc.

Hugo Steinhaus i Stefan Banach byli niewątpliwie wyróżniającymi się osobowościami. Warto jednak zapamiętać jeszcze inne nazwiska niektórych wybitnych polskich matematyków jak na przykład: Karol Borsuk, Kazimierz Kuratowski, Antoni Łomnicki, Stanisław Mazur, Władysław Orlicz, Wacław Sierpiński, Włodzimierz Stożek, Alfred Tarski, Stanisław Ulam…

∗O Banachu, Steinhausie i innych wybitnych matematykach można przeczytać w książce Mariusza Urbanka „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna”, z której pochodzą cytowane fragmenty.

∗Inne wykorzystane źródła:
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/517173,hugo-steinhaus-niezrownany-krol-rownan,id,t.
htmlhttp://culture.pl/pl/artykul/geniusze-i-romantycy-matematycy-z-kawiarni-szkockiej
http://www.malopolska24.pl/index.php/2011/08/hugo-steinhaus-matematyk-stosowany
/
https://marucha.wordpress.com/2017/04/02/stefan-banach-piekny-umysl-po-polsku/