Żal, złość, bunt…

Postępująca choroba mojego męża z roku na rok stawiała przed nami kolejne ograniczenia i trudności. Pomimo to, staraliśmy się żyć w miarę normalnie. Kiedy dzieci były małe, Paweł był jeszcze dość sprawny, aby zająć się nimi czy pomóc mi w codziennych obowiązkach.  Pogarszające się chodzenie i kłopoty z utrzymaniem równowagi coraz bardziej uniemożliwiały mu wykonywanie różnych czynności, a jednak był aktywny, podejmował nowe wyzwania zawodowe, chętnie spotykał się ze znajomymi, lubił żartować. Kiedy dziś spoglądam na tamte lata, trudno mi uwierzyć, że tak wyglądało nasze życie…

Czasami ogarniał mnie żal.  Na przykład wtedy, gdy znajomi umawiali się na zagraniczne wojaże; kiedy siedzieliśmy przy stole, przyglądając się tańczącym parom podczas przyjęcia weselnego, na które zostaliśmy zaproszeni; gdy zostawaliśmy w domu, zamiast jechać na wycieczkę w góry. Za każdym razem uświadamiałam sobie, że znowu musimy  zrezygnować z czegoś, co bardzo lubimy, co zawsze sprawiało nam przyjemność. Z drugiej strony umiałam znaleźć radość w tym, co było w zasięgu naszych możliwości i nie pozwalałam, aby uczucie żalu na długo mną zawładnęło.

Na wakacje wyjeżdżaliśmy całą rodziną do ośrodków prowadzących turnusy rehabilitacyjne, w których Paweł mógł korzystać z różnych zabiegów. Dzięki temu spędzaliśmy razem z dziećmi mnóstwo czasu, wspólnie czytając, bawiąc się i rozmawiając. Byliśmy nad Bałtykiem i w paru pięknych zakątkach na południu Polski. Lubiliśmy zwiedzać i poznawać nowe miejsca. Dopóki było to możliwe, Paweł uczestniczył w tych wycieczkach.

Złość, a potem bunt ogarnęły mnie w momencie, kiedy niepełnosprawność Pawła zmusiła nas do zupełnej zmiany dotychczasowego życia i ograniczeń w każdej jego dziedzinie.  Uświadomiłam sobie, że wszystko muszę podporządkować potrzebom męża wynikającym z choroby. Nie mogłam na przykład wziąć udziału w kilkudniowej wycieczce organizowanej w pracy, czy uczestniczyć w całodziennym dokształcającym kursie. Moja ciągła obecność przy Pawle stała się koniecznością, gdyż pomagałam mu nie tylko w czynnościach związanych z samoobsługą, ale również z  pracą, stając się jego asystentką i sekretarką.

W tamtym okresie gniew i wściekłość wypełniały mnie całkowicie. Te negatywne emocje często kierowałam również w stronę Pawła. Nie mogłam pogodzić się z tym, że nasze życie ułożyło się w taki sposób. Czułam się bezsilna. Przeklinałam chorobę i los, nieraz chciało mi się płakać, krzyczeć, wyć…

Musiało minąć sporo czasu, zanim uporałam się z tymi destrukcyjnymi uczuciami. Przede wszystkim zrozumiałam, że w efekcie nie prowadzą one do niczego sensownego ani konstruktywnego, a wręcz przeciwnie – niszczą nas i nasz związek pogarszając i tak już nie najlepszą  sytuację.  Podświadomie zaczęłam szukać sposobów na ujarzmienie bestii. Skoro mamy takie a nie inne życie, to jak uczynić je  choć trochę znośnym? A może chwilami radosnym? Albo pięknym od czasu do czasu?

I chociaż choroba tyle nam odebrała, to jednak ciągle towarzyszy mi myśl, że życie ma jeszcze dla nas kilka miłych niespodzianek. Wszystko przed nami!

 

 

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Żal, złość, bunt…

  1. Pingback: Ameryka, kawa i krem orzechowy – SM – Skomplikowana Miłość

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s