Książki z naszej półki: „Strofy z dreszczykiem”

W młodości czytaliśmy dużo wierszy. Paweł miał na swojej nocnej szafce stosik książek, w którym zawsze znajdował się jakiś tomik poezji, po to, aby móc zakończyć dzień lekturą kilku strof. Zaraził mnie  tym swoim zamiłowaniem, ale tyle wierszy co on na pewno nie przeczytałam. Do dziś potrafi z pamięci recytować wiele utworów, szczególnie Leśmiana, ale nie tylko.

W naszej domowej biblioteczce książki z wierszami zajmują dwie półki. Ostatnio Paweł przypomniał mi tomik zatytułowany „Strofy z dreszczykiem”. Jest to antologia wierszy zebranych przez Roberta Stillera. Książka wydana w 1986 roku przez Wydawnictwo Iskry. Paweł zabrał ją na swoje pierwsze samodzielne wakacje, gdy wyjechał razem z kolegą pod namiot. Widać, że była często czytana, gdyż grzbiet, odpadł, chociaż książka została obłożona papierem, aby chronić okładkę przed zniszczeniem. A w środku prawdziwa uczta dla miłośników grozy w wydaniu poetyckim.

W jednym tomie znajduje się ponad dwieście wierszy, poematów i ballad z różnych epok. Czytelnik znajdzie w nim zarówno fragment eposu babilońskiego „Gilgamesz”, jak i Księgi Ezechiela ze Starego Testamentu. Dalej  polskie i angielskie średniowieczne anonimy, a także niemieckie pieśni ludowe z XVIII wieku. I oczywiście całą plejadę polskich i zagranicznych poetów, z ponad stu wymienię tylko kilka nazwisk jak na przykład: Leśmian, Tuwim, Pawlikowska-Jasnorzewska, Różewicz, Heine, Baudelaire, Poe, Puszkin.

O czym można przeczytać? Utwory o śmierci, duchach, upiorach, zjawach, strzygach, wisielcach, topielcach, kościotrupach i innych makabryzmach. Oprócz wierszy budzących strach, w antologii  znalazło się  również miejsce dla czarnego humoru w najlepszym wydaniu. Reprezentują go, chociażby niezapomniani Jeremi Przybora i Andrzej Waligórski.

Dla nas bezkonkurencyjny w tym gatunku okazał się wiersz Janusza Minkiewicza:

 U progu sezonu 

Tczew czy Kraków, Płock czy Kielce,
idzie sezon na topielce.

Na topielce, topielice,
topielątka bladolice,

co popłyną znów na nowo
Wisłą, naszych rzek królową,

Odrą, naszych rzek grafinią,
Nysą, Wartą i Lutynią…

Widzę je płynące z dala,
różnie rzuca nimi fala:

płyną środkiem, o brzeg rąbną,
Narwią płyną, krnąbrną Brdą brną.

Aż wypłyną wreszcie w morze
(gdzie się tak bałwany pienią)

na pożarcie przez węgorze,
które Brzechwa zje jesienią.

Reklamy

Książki jak ludzie…

„Kiedy przeczytam nową książkę, to tak jakbym znalazł nowego przyjaciela, a gdy przeczytam książkę, którą już czytałem – to tak jakbym spotkał się ze starym przyjacielem.”
przysłowie chińskie

Kiedy byłam dzieckiem potrafiłam w ciągu jednego roku przeczytać tę samą książkę kilka razy. Chętnie wracałam do moich ulubionych lektur, czerpiąc z nich za każdym razem taką samą przyjemność. Nie przeszkadzało mi, że znam przygody bohaterów, wiem co się wydarzy oraz jakie będzie zakończenie.
Spotkałam się natomiast z opiniami niektórych osób, że nigdy nie czytają drugi raz tej samej pozycji właśnie ze względu na znajomość fabuły.

Obecnie jednak rzadko zdarza mi się wrócić do przeczytanych książek, a jeśli już czytam jakąś drugi raz, to na pewno nie w ciągu jednego roku. Ale przyczyną nie jest  znajomość treści, bo jak zauważyłam, po jakimś czasie pamiętam tylko ogólny zarys poruszanego problemu, zapominając o szczegółach.  Myślę, że tkwi we mnie chęć poznawania ciągle nowych książek. Co rusz słyszy się o wydawniczych nowościach, publikowane są listy kolejnych bestsellerów, a w księgarniach  pojawiają się świeże tytuły, które wołają do potencjalnych czytelników: „Przeczytaj mnie!”  Trudno temu nie ulec. I wcale nie narzekam, bo z przyjemnością zaspokajam swoją ciekawość, odkrywając wciąż niepoznane dotąd przeze mnie fakty, historie i zdarzenia.
Zastanawiam się jednak, czy z książkami rzeczywiście nie jest podobnie jak z przyjaciółmi. W młodości człowiek łatwo zawiera przyjaźnie, są one silniejsze i trwalsze niż te późniejsze. W dorosłym życiu ma się wielu znajomych, ale więzi, które z nimi łączą są dużo słabsze. Ulubione książki z dzieciństwa znałam prawie na pamięć, dlatego do dziś potrafię wymienić imiona bohaterów oraz streścić fabułę. Myślę o nich z nostalgią i z radością do nich wracam, czytając je dzieciom (dawniej własnym, teraz uczniom w szkole :)).

Wśród książek, które potem przeczytałam, mogę wymienić takie, które mi się podobały lub wręcz zachwyciły, a także takie, które wywarły na mnie duże wrażenie. Nie mam jednak takich, które czytałabym wiele razy.  Niektóre czytałam najwyżej dwukrotnie. Te książki są jak znajomi, których wspominam bardzo miło, dobrze nam się rozmawiało, spędziliśmy razem wspaniały czas, ale nasze drogi rozeszły się i teraz już się nie spotykamy. Pamiętam tytuł, wiem, że mi się podobała, ale imiona bohaterów uleciały z pamięci, a fabuła już się lekko zatarła.
Czy o takiej książce mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ją znam?

Powroty do dawnych książek czasem mogą przynieść rozczarowanie. Pamiętam jakie wrażenie na mnie zrobiły, gdy przeczytałam  po raz pierwszy „Pogodę dla bogaczy” Irwina Showa, „Lolitę” Vladimira Nabokova czy „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej . Po dwudziestu latach nie odnalazłam już tamtych emocji i wzruszeń. No cóż, zmieniłam się. A może jest tak, że na każdym etapie naszego życia inne książki są dla nas ważne?

Patrzę na nasze półki pełne książek zbieranych przez lata. Co jakiś czas sięgam po którąś z nich, otwieram, kartkuję i nabieram ochoty, aby jeszcze raz zanurzyć się w nią i porozmawiać jak z dawno niewidzianym przyjacielem.

„Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać.”
Jerzy Pilch

Żal, złość, bunt…

Postępująca choroba mojego męża z roku na rok stawiała przed nami kolejne ograniczenia i trudności. Pomimo to, staraliśmy się żyć w miarę normalnie. Kiedy dzieci były małe, Paweł był jeszcze dość sprawny, aby zająć się nimi czy pomóc mi w codziennych obowiązkach.  Pogarszające się chodzenie i kłopoty z utrzymaniem równowagi coraz bardziej uniemożliwiały mu wykonywanie różnych czynności, a jednak był aktywny, podejmował nowe wyzwania zawodowe, chętnie spotykał się ze znajomymi, lubił żartować. Kiedy dziś spoglądam na tamte lata, trudno mi uwierzyć, że tak wyglądało nasze życie…

Czasami ogarniał mnie żal.  Na przykład wtedy, gdy znajomi umawiali się na zagraniczne wojaże; kiedy siedzieliśmy przy stole, przyglądając się tańczącym parom podczas przyjęcia weselnego, na które zostaliśmy zaproszeni; gdy zostawaliśmy w domu, zamiast jechać na wycieczkę w góry. Za każdym razem uświadamiałam sobie, że znowu musimy  zrezygnować z czegoś, co bardzo lubimy, co zawsze sprawiało nam przyjemność. Z drugiej strony umiałam znaleźć radość w tym, co było w zasięgu naszych możliwości i nie pozwalałam, aby uczucie żalu na długo mną zawładnęło.

Na wakacje wyjeżdżaliśmy całą rodziną do ośrodków prowadzących turnusy rehabilitacyjne, w których Paweł mógł korzystać z różnych zabiegów. Dzięki temu spędzaliśmy razem z dziećmi mnóstwo czasu, wspólnie czytając, bawiąc się i rozmawiając. Byliśmy nad Bałtykiem i w paru pięknych zakątkach na południu Polski. Lubiliśmy zwiedzać i poznawać nowe miejsca. Dopóki było to możliwe, Paweł uczestniczył w tych wycieczkach.

Złość, a potem bunt ogarnęły mnie w momencie, kiedy niepełnosprawność Pawła zmusiła nas do zupełnej zmiany dotychczasowego życia i ograniczeń w każdej jego dziedzinie.  Uświadomiłam sobie, że wszystko muszę podporządkować potrzebom męża wynikającym z choroby. Nie mogłam na przykład wziąć udziału w kilkudniowej wycieczce organizowanej w pracy, czy uczestniczyć w całodziennym dokształcającym kursie. Moja ciągła obecność przy Pawle stała się koniecznością, gdyż pomagałam mu nie tylko w czynnościach związanych z samoobsługą, ale również z  pracą, stając się jego asystentką i sekretarką.

W tamtym okresie gniew i wściekłość wypełniały mnie całkowicie. Te negatywne emocje często kierowałam również w stronę Pawła. Nie mogłam pogodzić się z tym, że nasze życie ułożyło się w taki sposób. Czułam się bezsilna. Przeklinałam chorobę i los, nieraz chciało mi się płakać, krzyczeć, wyć…

Musiało minąć sporo czasu, zanim uporałam się z tymi destrukcyjnymi uczuciami. Przede wszystkim zrozumiałam, że w efekcie nie prowadzą one do niczego sensownego ani konstruktywnego, a wręcz przeciwnie – niszczą nas i nasz związek pogarszając i tak już nie najlepszą  sytuację.  Podświadomie zaczęłam szukać sposobów na ujarzmienie bestii. Skoro mamy takie a nie inne życie, to jak uczynić je  choć trochę znośnym? A może chwilami radosnym? Albo pięknym od czasu do czasu?

I chociaż choroba tyle nam odebrała, to jednak ciągle towarzyszy mi myśl, że życie ma jeszcze dla nas kilka miłych niespodzianek. Wszystko przed nami!

 

 

DZIĘKUJEMY!

Właśnie zakończył się okres rozliczeń podatkowych. Wszystkim, którzy zechcieli przekazać swój 1% dla Pawła, składamy gorące podziękowania! To dzięki Wam mój mąż może korzystać z profesjonalnej rehabilitacji, która w jego obecnym stanie zdrowia jest nieodzowna. Dziękujemy Wam za wielkie serce, a także okazaną życzliwość i słowa wsparcia.
🙂