Wózek

W miarę pogarszania się stanu zdrowia Pawła widmo wózka, które kiedyś wepchnęłam do najgłębszych pokładów podświadomości, wyłaniało się co jakiś czas na powierzchnię. Zawsze powtarzałam Pawłowi, że nie wszystkich chorych na SM  czeka wózek, każdy choruje inaczej i również w jego przypadku możliwa jest ta pozytywna wersja. Sama mocno w to wierzyłam.

Paweł miał coraz większe trudności z poruszaniem się. Pamiętam, jak chodził z dwoma kulami: pokonanie kilku metrów wiązało się heroicznym wysiłkiem i trwało niemal wieczność. W dodatku coraz częściej pojawiały się zaburzenia równowagi i kilka razy zdarzyło mu się przewrócić. Lepszym rozwiązaniem stał się wówczas chodzik, najpierw trójkołowy, ale był zbyt lekki, więc kupiliśmy cięższy i bardziej stabilny czterokołowy. Chodzik miał tę zaletę, że posiadał przymocowaną ławeczkę, na której Paweł mógł przysiąść, gdy już nie miał siły iść dalej.

Tymczasem sił do chodzenia było coraz mniej. Paweł  często musiał korzystać z ławeczki i wtedy chodzik zamieniał się w „wozik”. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że konieczny jest już prawdziwy wózek inwalidzki.   Wydawało mi się, że dopóki Paweł nie będzie go używał, tak długo uda nam się oszukać chorobę i ocalić choć trochę „normalności”. Wózek jawił się w mojej głowie jako najgorsza rzecz, która może nas spotkać.

Aż wreszcie nadszedł dzień, kiedy Paweł usiadł na wózku.
Poznaliśmy Małgosię,  również chorą na SM, osobę pełną energii i bardzo pozytywnie nastawioną do życia. Pożyczyła nam swój stary wózek. Był ciężki i nieporęczny, ale mogłam zawieźć na nim Pawła  na spotkanie zorganizowane przez Małgosię. Niedługo potem kupiliśmy  pierwszy  wózek.

Przyzwyczajenie się do życia z wózkiem nie jest łatwe i zajmuje trochę czasu. Po ośmiu latach mogę spojrzeć na cały ten proces dużo bardziej chłodnym okiem.
Pamiętam, jak na początku Paweł mówił mi, że odkąd jeździ na wózku, jego poczucie wartości ogromnie zmalało. Jak długo trwało, zanim przestał myśleć w ten sposób? Nie wiem. Wiem, że moja rola w umacnianiu jego sił psychicznych jest niezbędna i nie ustaje do dziś.

Na początku nie zdawaliśmy sobie sprawy, że są różne wózki, lepsze i gorsze, i to jaki się wybierze, ma jakiekolwiek znaczenie. Pierwszy, który kupiliśmy, nie był najlepszej jakości. Wtedy nie wiedzieliśmy, na co należy zwrócić uwagę. Prawda jest taka, że jeśli człowiek spędza na wózku kilkanaście godzin dziennie, to musi czuć się na nim najlepiej jak się da. Wózek indywidualnie dostosowany kosztuje kilka tysięcy złotych.

Z jednej strony wózek umożliwił nam przemierzanie znacznie dalszych odległości niż wtedy, gdy Paweł ledwie chodził o kulach lub z chodzikiem. Z drugiej jednak pojawiły się nowe problemy: jak pokonać schody oraz jak zmieścić wózek do samochodu. Wciąganie wózka po schodach nie było dobrym rozwiązaniem. Przy tej czynności  potrzebowałam kogoś do pomocy, najlepiej silnego mężczyznę, a przecież nie zawsze mogłam liczyć na to, że za każdym razem, gdy będziemy chcieli zejść czy wejść, ktoś taki będzie w pobliżu.
Obecnie mamy rozkładaną platformę schodową, ale trwało kilka miesięcy, zanim udało nam się przebrnąć przez wszystkie etapy związane z założeniem jej.

Do bagażnika samochodu, który teraz posiadamy, wózek ledwo  wchodzi. Choć muszę dobrze pogłówkować, jeśli chcę ułożyć w nim jeszcze inne rzeczy, to i tak nie jest źle, bo w naszym poprzednim samochodzie wózek w ogóle nie mieścił się w bagażniku.

Przesiadanie się z wózka do samochodu i na odwrót również sprawia nam na ogół trudności. No i konieczne jest zawsze szerokie miejsce na parkingu.

Już nie patrzę na wózek, jak na najgorszą rzecz, która przytrafiła nam się w życiu. Pewnie przyzwyczaiłam się do niego. Albo zdałam sobie sprawę, że są gorsze rzeczy na świecie.

 

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Wózek

  1. Joanna

    Rozumiem to. Mój dziadek walczy z wizją wózka; choć byłoby mu o wiele łatwiej czasem z niego korzystać – nie chce. Woli nie iść do sklepu ileś metrów dalej niż pojechać tam na wózku. Sama nie wiem, co ja wolałabym w takiej sytuacji…

    Babcia z kolei, która jest na wózku (po udarze), wstydzi się wyjeżdżać z domu. Spacer? Nie…

    Szkoda, wielka szkoda. Wspominam tu cudownie pozytywne podejście mojej prababci, która urządzała w sanatorium wyścigi na wózkach 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s