Astronomka i entomolożka

Za jedną  z ciekawszych stron życia uważam ciągłą możliwość poznawania, dowiadywania się i uczenia nowych rzeczy. Postcrossing z całą pewnością temu sprzyja, o czym pisałam wcześniej (Same plusy dodatnie;)) wspominając, że zdobywamy i poszerzamy  wiedzę o krajach i miejscach na całym świecie.

Do tej pory preferowaliśmy pocztówki przedstawiające widoki miast, budowle, krajobrazy oraz mapki, gdyż dzięki nim mogliśmy choć trochę poczuć się jak podróżujący turyści.
Czasami jednak przychodzą do nas  kartki, które nie są widokówkami, a mimo to sprawiają nam równie wiele przyjemności i dostarczają nowej wiedzy.

Właśnie dzięki takim pocztówkom poznaliśmy dwie niesamowite kobiety, o których wcześniej nie słyszeliśmy.


Pocztówka od Paula z Wielkiej Brytanii

Verę Rubin – amerykańską astronomkę, autorkę rewolucyjnej teorii o ciemnej materii pierwszy raz zobaczyliśmy na pocztówce od Paula z Manchesteru. Jej nazwisko nic nam nie mówiło (no cóż, nasza, a przynajmniej moja wiedza na temat astronomii kończyła się na Koperniku, zaś najnowsze odkrycia w tej dziedzinie stanowiły dla mnie, nomen omen, ciemną materię). Dopiero gdy z pomocą przyszedł nam wujek Google, ze zdziwieniem odkryliśmy wiele interesujących faktów dotyczących Very Rubin i dziedziny, którą się zajmowała. Nasze zdziwienie było tym większe, gdy dowiedzieliśmy się, że zmarła niespełna rok temu.

Urodziła się w 1927 roku w Filadelfii i już w dzieciństwie interesowała się astronomią.  Pasję Very wspierał ojciec, który pomógł zbudować jej pierwszy teleskop, a także zabierał na spotkania amatorskiego stowarzyszenia astronomów. To dzięki ojcu nie zniechęciła się do studiowania astronomii, mimo że na Swarthmore College w Pensylwanii zasugerowano jej, aby wybrała bardziej kobiecy kierunek, na przykład malowanie obrazów o tematyce astronomicznej (!). Ostatecznie przyjęto ją do Vassar College, gdzie była jedyną absolwentką kierunku astronomii. Chciała kontynuować naukę na Uniwersytecie Princeton, ale tam nie przyjmowano kobiet na studia astronomiczne, tytuł magistra obroniła więc na Uniwersytecie Cornella, a doktorat w 1954 na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie. W 1965 roku została pierwszą kobietą, którą dopuszczono do prowadzenia obserwacji w obserwatorium w Palomar, które wówczas dysponowało najpotężniejszymi teleskopami na świecie. Na przełomie lat 60. i 70. rozpoczęła badania, które doprowadziły ją do sformułowania słynnej teorii o ciemnej materii. Początkowo koncepcja Very Rubin była odrzucana i krytykowana przez wielu naukowców. Dopiero po kilku latach teoria ta została potwierdzona. W 1981 roku Vera Rubin, jako druga kobieta astronom została członkiem National Academy of Sciences. Również jako druga kobieta w historii, w 1996 roku dostała złoty medal londyńskiego Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego. Przez całe życie podkreślała, jak ważne jest, aby kobiety robiły kariery naukowe. Miała czworo dzieci, z których wszystkie uzyskały doktorat w dziedzinach matematyczno-przyrodniczych. Vera Rubin zmarła  25 grudnia 2016 r. w wieku 88 lat.


Pocztówka od Leny z Niemiec

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę pocztówkę, nie byłam zbyt zachwycona. Pomyślałam: a cóż to za pomysł, aby przysyłać kartkę z jakimiś robakami! Zajrzałam na odwrotną stronę i odczytałam opis: „Maria Sibylla Merian (1647 – 1717), „Insekten” Tafel 54 aus „Metamorphosis Insectorum Surinamensium”. Zaintrygowana otworzyłam komputer i poszukałam więcej informacji na temat tajemniczej Marii Sibylli. Po ich przeczytaniu dokładnie przyjrzałam się obrazkowi na pocztówce. Właśnie poznałam nieprzeciętną kobietę, która wzbudziła mój podziw.

Maria Sibylla Merian urodziła się we Frankfurcie nad Menem. Już w wieku 13 lat zajmowała ją obserwacja owadów, a w szczególności motyli, ciem, jedwabników i ich gąsienic. Ojczym (malarz kwiatów) nauczył ją malarstwa i grafiki, toteż Maria dokumentowała swoje spostrzeżenia, malując poszczególne stadia rozwoju tych zwierząt. Dwa lata po ślubie, w roku 1667 wraz z mężem i córeczką przeniosła się do Norymbergii, gdzie kontynuowała swoje badania. W wieku 28 lat opublikowała swoją pierwszą książkę, która zawierała szczegółowe obrazy roślin, jakimi żywiły się gąsienice. Jako żona i matka dwóch córek  znajdowała czas na dalsze badania i pracę. Dom wypełniony był pudełeczkami, słoiczkami i roślinami. W roku 1679 wydała kolejną książkę, efekt prawie dwudziestu lat obserwacji, w której szczegółowo przedstawiła etapy przemiany gąsienicy w motyla.

Maria Sibylla Merian była nie tylko inteligentną, ale przede wszystkim niezależną kobietą. W 1685 roku opuściła męża i przeniosła się z córkami do Holandii. Tam poznała gubernatora Surinamu, a także nawiązała kontakty z innymi przyrodnikami. Zachwycona ich tropikalnymi kolekcjami roślin i owadów, sama postanowiła odbyć egzotyczną podróż do Surinamu. W XVII wieku taka przeprawa statkiem przez Atlantyk musiała trwać ponad dwa miesiące, a ponadto była niebezpieczna. W lipcu 1699 roku, mając 52 lata, Merian wraz z młodszą córką wyruszyła do Ameryki Południowej. Rezultatem  tej trwającej dwa lata ekspedycji (badaczka musiała wrócić wcześniej niż planowała, gdyż zachorowała na malarię) było  dzieło, z którego pochodzi rycina widoczna na naszej pocztówce. Pięknie wydana książka na najlepszym papierze, zawiera 60 kolorowych rycin. Jej wysoka cena spowodowała, że niewielu ludzi ją kupowało. Jednak autorka cieszyła się, że przyniosła radość zarówno miłośnikom sztuki, jak i miłośnikom owadów.

Jeszcze za życia Maria Merian zyskała sławę wielkiego przyrodnika i artystki. Zmarła 300 lat temu, 13 stycznia 1717 roku w Amsterdamie.
Po śmierci szybko zapomniana została ponownie odkryta i doceniona pod koniec XX wieku. Dziś uznawana jest za pionierkę entomologii. W jej czasach wielu przyrodników podzielało jeszcze teorię pochodzącą od Arystotelesa, która głosiła, że owady powstają z gnijącej materii. Merian była jednym z pierwszych przyrodników obserwujących bezpośrednio naturę, zamiast tworzyć fantastyczne spekulacje. Przyczyniła się do wyjaśnienia cyklu rozwojowego owadów, a jej wyprawa do Surinamu zaowocowała odkryciem wielu nieznanych gatunków roślin i zwierząt. Klasyfikacja motyli i ciem sporządzona przez Merian obowiązuje do dzisiaj. Rysunki roślin i zwierząt tropikalnych są uznawane za arcydzieła i kolekcjonowane na całym świecie.

Dwie kobiety żyjące w  odległych od siebie  czasach, zajmujące się zupełnie różnymi dziedzinami nauki, a jednak wiele je łączy. Imponuje mi ich wytrwałość  w dążeniu do celu, odwaga i determinacja w pokonywaniu przeszkód, zamiłowanie do wykonywanej pracy.

∗Zaglądałam na następujące strony:
http://wyborcza.pl/7,75400,21170614,zmarla-vera-rubin-amerykanska-astrofizyczka-dzieki-ktorej.html
https://businessinsider.com.pl/technologie/nauka/vera-rubin-kim-byla/fz8l5vm
https://pl.wikipedia.org/wiki/Maria_Sibylla_Merian
http://www.atlasobscura.com/articles/maria-sibylla-merian-artist-insects-flowers

 

 

Reklamy

Do you love me?

Tytuł dzisiejszego wpisu nawiązuje do jednej ze scen przepięknego musicalu „Skrzypek na dachu”, w której główny bohater pyta swoją żonę: Czy kochasz mnie? (Do you love me?). Połowica odpowiada mu coś w tym rodzaju: Mamy tyle problemów na głowie, a ty zadajesz głupie pytania. Tewje nie rezygnuje i nadal domaga się odpowiedzi, a żona za każdym razem go zbywa. Wreszcie zapytana przez niego kolejny raz, mówi:

Sama nie wiem…
Dwadzieścia pięć lat z nim żyję,
Kłócę się z nim, jadam z nim.
Dwadzieścia pięć lat on jest w moim łóżku…
Jak nie miłość, to co to jest?

W tym miesiącu obchodzimy dwie rocznice. We wrześniu poznaliśmy się,
a potem pięć lat później, również we wrześniu wzięliśmy ślub ♥ ♥ ♥
Po tylu latach bycia razem odpowiedź na  to pytanie nie jest tak prosta, jak na początku naszej wspólnej drogi. Wtedy ogromne „tak” wypełniało każdą część naszego jestestwa 😉 Dziś odpowiedź jest skomplikowana…

Tysiące problemów, codzienne zmęczenie, nerwy i  pośpiech skutecznie mogą przysłonić miłość, o której przecież nie rozmawia się codziennie. Mało tego, czasami pojawia się uczucie irytacji i rozdrażnienia, któremu bliżej do stwierdzenia „Mam już dosyć tego wszystkiego”, niż do wyznania „Kocham cię!”
Dlatego tak cenię te chwile, kiedy mamy czas, aby choć na krótko zatrzymać się w tym pędzie, wypić wspólnie herbatę, posłuchać audiobooka, spojrzeć sobie w oczy. Powinniśmy codziennie znaleźć taki moment na prawdziwe bycie razem, bo właśnie wtedy, przy tych zupełnie wydawałoby się prozaicznych czynnościach, czuję jak wypełnia mnie radość i szczęście.

A choroba? Jak wpłynęła na nasze relacje? Często myślę o niej, jako o „tej trzeciej” w naszym małżeństwie. Zazdrosnej o naszą miłość i szczęście, z roku na rok odbierającej „normalność” naszego związku. Postawiona przez życie w roli pielęgniarki i opiekunki mojego męża, nie zawsze jest mi łatwo być żoną. Z drugiej strony staram się dostrzegać Pawła nie tylko jako chorego i niepełnosprawnego człowieka, ale jako mężczyznę, którego wybrałam dwadzieścia sześć lat temu na mojego męża i na nowo wybieram każdego dnia.

Można myśleć, że choroba wpłynęła niszcząco na nasze życie i małżeństwo. Ale można również spojrzeć na to z innej strony. Jeśli do tej pory te wszystkie troski i problemy z nią związane nie zabiły naszej miłości, to znaczy, że ją wzmocniły.

 

 

Śmiechem w chorobę!

Śmiech jest lekarstwem, które każdy może sobie przepisać.
Reinhold Boller

Obecnie terapia śmiechem jest coraz częściej doceniana przez lekarzy jako metoda wspomagająca proces leczenia w różnych chorobach.  Jednym z ojców śmiechoterapii był Norman Cousins, amerykański dziennikarz, u którego zdiagnozowano  zapalenie stawów kręgosłupa, bardzo bolesną chorobę zwyrodnieniową. Lekarze dawali mu  niewielkie szanse przeżycia, określając je na 1:500. Cousins wymyślił dla siebie terapię, polegającą między innymi na oglądaniu komedii i  czytaniu wesołych książek. Po jakimś czasie bóle zmniejszyły się, a stan zdrowia zaczął się poprawiać. Po dwóch latach Cousins wrócił do pracy na pełen etat. Jego historia zaskoczyła środowisko naukowe i  rozpoczęto szereg badań dotyczących wpływu śmiechu na ludzki organizm.

Z kolei za prekursora stosowania humoru w służbie zdrowia uważany jest dr Hunter Campbell Adams, zwany również Patchem Adamsem.  Kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, z przyczepionym nosem clowna zaczął rozśmieszać małych pacjentów, środowisko medyczne było zbulwersowane. Dziś ten światowej sławy lekarz i społecznik  jest zapraszany do wielu ośrodków na całym świecie, gdzie wygłasza wykłady dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniem. Jest patronem znanego obecnie wszystkim ruchu lekarzy-klaunów, niosącym chorym dzieciom uśmiech i radość.

Badania potwierdzają lecznicze działanie śmiechu w wielu chorobach. U pacjentów z depresją zmniejsza nasilenie objawów choroby. U chorych na schizofrenię śmiech poprawia nastrój i działa przeciwlękowo.  Osoby, które często się śmieją, rzadziej chorują na chorobę niedokrwienną serca oraz zaburzenia rytmu. Badania wykazały również pozytywne skutki śmiechu u chorych na cukrzycę, reumatoidalne zapalenie stawów, atopowe zapalenie skóry.

Terapia śmiechem jest także metodą wspomagającą proces leczenia w chorobach nowotworowych. Na świecie są prowadzone sesje terapeutyczne dla pacjentów chorych na raka. W Polsce prowadzi je w Centrum Onkologii w Warszawie pan Aleksander Łamek, autor książki „Terapia śmiechem”.

W każdej chorobie potrzebne jest pozytywne myślenie, gdyż dodaje ono siły i nie pozwala się poddać. Poczucie humoru i śmiech czasami stają się jedynym orężem w tej trudnej i częstokroć niekończącej się walce. Z naszego doświadczenia wiem, że pomagają nabrać dystansu do wielu problemów, które wydają się przytłaczać i być nie do pokonania. Pośmianie się z tej głupiej choroby choć na chwilę przynosi ulgę  i pomaga oderwać się od kłopotów 🙂

O takim podejściu do choroby opowiada film „4.piętro” w reżyserii Antonia Mercero. I choć jego akcja rozgrywa się na oddziale onkologicznym, to wymowa filmu jest optymistyczna. Film bardzo nam się podobał, polecamy!  (Opis i recenzja filmu).

Na koniec dawka śmiechu: garść dowcipów na temat chorowania i służby zdrowia.

Rozmawiają dwaj lekarze:
– Mam pacjenta, który według wszystkich objawów powinien umrzeć piętnaście lat temu, a on wciąż żyje
– Bywa i tak. To tylko dowodzi faktu, że medycyna jest bezsilna, jeśli pacjent chce naprawdę żyć.

Przychodzi kucharz do lekarza i mówi:
– Panie doktorze, ostatnio zauważyłem, że nie słyszę na jedno ucho.
– A na drugie?
– Kotlet schabowy, frytki i surówka z kapusty.

Na sali operacyjnej odzywa się pielęgniarka:
– Proszę się nie bać, to całkiem prosta operacja.
– Wiem – odpowiada pacjent.
– Ale ja nie mówiłam do pana, tylko do doktora.

– Panie doktorze, to lekarstwo, które mi pan wypisał, to na co jest?
– Na Bahamy. Jeszcze tylko 48 recept…

Lekarz mówi do chorego podczas obchodu:
– Dziś kaszle pan o wiele lepiej niż wczoraj.
– Nic dziwnego, panie doktorze, przez całą noc ćwiczyłem.

Lekarz zwraca się do pielęgniarki:
– Siostro, jak się czuje pacjent spod siódemki?
– Dziś po raz pierwszy przemówił.
– I co powiedział?
– Że mu gorzej.

Wybrane fragmenty z dokumentacji medycznej

„Żadnych oznak gorączki lub dreszczy u pacjentki nie zaobserwowano, chociaż jej mąż twierdzi, że ostatniej nocy była w łóżku niezwykle gorąca.”

„Pacjent ma żonę, dwie córki i bezpośrednią przepuklinę pachwinową.”

„Pacjent został wypisany ze szpitala ze znaczną poprawą stanu zdrowia, z wyjątkiem tych bólów, które miał przy przyjęciu.”

„Na drugi dzień kolano wyglądało lepiej, a na trzeci zniknęło całkowicie”

„Puls z dobrym wypełnieniem, rytmiczny, dwa, trzy razy na dobę.”

„Pacjent w wieku pięciu tygodni, krzyczy, żadnych skarg.”

∗Korzystałam z następujących źródeł:
http://medicus.lublin.pl/2011/06/post-698/
http://www.top-ebooki.pl/dlaciebie/Terapia_smiechem.pdf
Dowcipy cytuję za tygodnikiem „Angora”

Matematyk w Krainie Czarów

Zapewne niewiele osób słyszało o  angielskim matematyku żyjącym w XIX wieku,  który nazywał się Charles Lutwidge Dodgson. Ten wykładowca  Uniwersytetu Oksfordzkiego i autor około 250 prac naukowych zasłynął jako twórca powieści o przygodach Alicji i znany jest pod pseudonimem Lewis Carroll. Jego największą pasją były rozmaite gry matematyczne, łamigłówki, paradoksy, sztuczki magiczne, a także zabawy słowne, zwłaszcza kalambury, anagramy i akrostychy poetyckie. Zainteresowania Carrolla znalazły odbicie w jego dwóch książkach o Alicji, a także innych utworach literackich. Trzy książki poświęcił w całości matematyce rekreacyjnej („Gra logiki”, „Zadania do poduszki”, „Zagmatwana opowieść”), ponadto  publikował swoje zadania w wielu czasopismach.

Lewis Carroll szczególną przyjaźnią darzył małe dziewczynki i choć dzisiaj brzmi to dość dwuznacznie, wśród współczesnych mu nie uważano tego za dewiację, lecz raczej za niegroźne dziwactwo. Faktem jest, że większość gier, zagadek i zabaw tworzył dla swoich przyjaciółek. Napisał do nich tysiące listów, które skrzą się kalamburami, szaradami, anagramami, łamigłówkami matematycznymi. Zdarzały się listy, które można było przeczytać jedynie w lustrze, albo wspak, niektóre były napisane szyfrem lub w formie rebusów.

Lewisem Carrollem zafascynowany był Martin Gardner, popularyzator matematyki rekreacyjnej, który w swojej książce „Wszechświat w chusteczce” zebrał  i skomentował jego najbardziej reprezentatywne gry i zabawy.

Śmiało można stwierdzić, że Carroll był ojcem znanych dziś i popularnych w szaradziarskich pismach łamigłówek słownych metamorfozy. Jak podaje Gardner, pisarz wymyślił tę grę w wieczór wigilijny 1877 roku dla dwóch dziewczynek, które „nie umiały sobie znaleźć żadnego zajęcia”. Nazwał je dubletami i szczegółowo opisał reguły zabawy, która w skrócie polega na połączeniu dwóch słów jednakowej długości za pomocą ciągu wyrazów, z których każdy kolejny różni się od poprzedniego tylko jedną literą. Wyraz początkowy i końcowy powinien ponadto łączyć jakiś wyraźny związek znaczeniowy.

Wśród opublikowanych przez Carrolla dubletów znalazły się na przykład takie:
Wprowadź świnię (PIG) do chlewu (STY)
Zamień łzy (TEARS) na uśmiech (SMILE)
Z biednego (POOR) uczyń bogatego (RICH)

Znane polska łamigłówka tego typu to: zamień  słowo WODA na WINO

Martin Gardner w cytowanej wyżej książce przedstawił wiele rozmaitych gier stworzonych przez Carrolla, zarówno matematycznych, słownych, ale także karcianych, szachowych i innych. Do każdej z nich pisarz dołączył  niezwykle dokładny i drobiazgowy opis  zasad. Dziś mają one raczej wymiar ciekawostkowy, ale składają się na niezwykle intrygujący portret Lewisa Carrolla, ekscentryka i oryginała, człowieka o zaskakującej wyobraźni i bez reszty oddanego swojej pasji.

Źródła:
1. Wikipedia
2. Martin Gardner – „Wszechświat w chusteczce. Rozrywki matematyczne, a także zabawy, łamigłówki i gry słowne Lewisa Carrolla”.                        

Śmiechoterapia

Po ostatnim smutnym i bardzo pesymistycznym wpisie postanowiłam jak najszybciej sięgnąć po najlepsze antidotum na ponury nastrój, jakim jest śmiechoterapia.

Dzień, w którym się nie śmiałeś, jest dniem straconym
Phil Bosmans

 O zbawiennym wpływie śmiechu na ludzkie zdrowie wiemy od dawna, lecz nie zawsze o nim pamiętamy i nie stosujemy tego cudownego lekarstwa tak często jak potrzeba.  A potrzeba codziennie 🙂

Jak wskazują badania  śmiech  przyspiesza bicie serca i krążenie krwi, dzięki czemu wymiana powietrza podczas oddychania jest czterokrotnie częstsza, więc organizm otrzymuje więcej tlenu. Wdychamy wówczas o 1 – 1,5 litra więcej powietrza! W konsekwencji mózg zostaje mocniej dotleniony, a więc zaczyna lepiej pracować, poprawia się nam koncentracja, sprawność myślenia i refleks.
Podczas śmiechu aktywizowane są mięśnie przeponowe i brzuszne, których skurcz powoduje masaż przewodu pokarmowego korzystnie działający na trawienie. Ponadto śmiech sprzyja aktywizacji limfocytów T i immunoglobuliny, istotnych dla funkcjonowania układu odpornościowego. Najważniejsze jest jednak to, że śmiech znacząco zwiększa w organizmie wydzielanie endorfin. Hormony te pozwalają pozbyć się stresu, a nawet mają działanie przeciwbólowe. Podczas śmiechu zapominamy o problemach dnia codziennego, uwalniają się pozytywne emocje i poprawia się samopoczucie. I tego nam właśnie trzeba!

Oboje zawsze lubiliśmy się śmiać i żartować. Paweł podczas swoich zajęć w szkole i na uczelni miał zwyczaj robienia krótkiej przerwy na opowiedzenie dowcipu. Teraz zainstalował sobie w swoim smartfonie aplikację, dzięki której może codziennie czytać nowe kawały. Ponadto ciągle przeszukuje YouTube w poszukiwaniu zabawnych skeczy. I choć niektóre z nich są już stare, to po jakimś czasie bawią na nowo. Dzisiaj oglądaliśmy skecz Kabaretu Smile, który ponownie  nas rozśmieszył.

Jedna dawka śmiechu zaliczona 🙂

Życie z chorobą – ciemna strona

Nie jest łatwo cały czas zachowywać optymizm, szczególnie wtedy, gdy choroba wciąż postępuje.

Żyjąc z chorobą, przyzwyczajamy się do określonego stanu i uczymy się radzić sobie z problemami, które z niego wynikają. Działamy według pewnych schematów, mamy określone sposoby postępowania. One pomagają nam funkcjonować na co dzień, pokonywać trudności i niejako akceptować daną sytuację. Najgorszy moment nadchodzi wtedy, gdy pojawia się nowy problem, który wymaga zmiany w codziennych działaniach, bo te dotąd wypracowane  nie są już wystarczające. Przystosowanie się kosztuje ogromny stres, mnóstwo nerwów, pesymizm i załamanie.

Wersja choroby, którą ma Paweł, tak właśnie przebiega. Pojawiające się kolejne pogorszenia zmuszały  nas do zmiany trybu życia i  organizacji rozkładu dnia, rezygnacji z różnych zajęć, przyzwyczajeń czy przyjemności, nakładów finansowych na konieczny sprzęt, lekarstwa, rehabilitację, zabiegi.

Za każdym razem wydawało się, że może już dość, stop, na tym koniec, ale nie…
Wtedy, gdy zaczynaliśmy sobie jakoś radzić w zmienionej sytuacji, następowało  kolejne uderzenie i towarzyszący mu złośliwy chichot choroby!

Niekiedy jest bardzo ciężko.
Nachodzą mnie ponure myśli, rozpacz i beznadzieja.
Ja jednak jakoś sobie radzę. Gorzej jest z moim mężem.

Jak pogodzić się z faktem, że jest się całkowicie zależnym od innych? Że kolejne narządy funkcjonują coraz słabiej albo w ogóle?  Że już prawie nic nie cieszy?

Patrzę na Pawła i często czuję się bezradna. I chociaż staram się ze wszystkich sił, aby każdego dnia zaświecił dla niego bodaj mały promyczek słońca,  to czasami naprawdę trudno zachować optymizm.

Życie z chorobą

Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak wyglądałoby nasze życie, gdyby Paweł nie zachorował na sm.
Próbowałam wyobrazić sobie mojego męża, jako sprawnego, energicznego mężczyznę…
Naszą codzienność, w której wspólnie dzielimy się obowiązkami…
Kiedy razem odpoczywamy,  gdzieś wychodzimy lub wyjeżdżamy…
Próbowałam wyobrazić sobie…

Stop!
To nie ma najmniejszego sensu!
Nasze życie jest takie, jakie jest i wszelkie dywagacje typu „co by było, gdyby” tylko wpędzają w gorszy nastrój. Oboje jesteśmy w pełni świadomi tego, ile choroba nam zabrała, zniszczyła i skomplikowała. Często jesteśmy na nią wściekli!

Cóż, w wielkiej loterii życia trafiły nam się nie najlepsze karty, ale musimy nimi grać najlepiej jak umiemy.  Gramy w jednej drużynie i to jest nasz atut.

Dlatego na przekór naszemu losowi, czasami myślę, czy są jakieś pozytywne aspekty życia wynikające z choroby?

Nigdy nie mogliśmy narzekać, że spędzamy razem zbyt mało czasu. Wiele lat temu, na początku choroby Paweł był aktywny zawodowo. Pracował najpierw w szkole, potem na uczelni, pisał pracę doktorską. Nie wyglądało to jednak tak, że mijaliśmy się, lub widywaliśmy się w przelocie. Choroba i związane z nią dolegliwości wymusiły na moim mężu konieczność ograniczenia pracy do takiej ilości, której mógł podołać. Wiadomo, że przydałoby się, aby  więcej pracował i zarabiał. Skoro jednak nie dał rady, trudno. Mieliśmy za to zawsze dużo czasu na wspólne rozmowy, spacery, zainteresowania…

Również z tego właśnie powodu  zawsze był ojcem obecnym przy dzieciach. To Paweł przeczytał im większość bajek przed snem. Nie mógł z nimi zagrać w piłkę czy uczyć jeździć na rowerze, ale objaśniał  świat, rozmawiał, był w domu, gdy wracały ze szkoły…

Pomimo choroby, ciągle nam towarzyszącej,  stworzyliśmy dobrą rodzinę. Kiedy rozmawiamy ze sobą o naszym życiu, to oboje zgodnie przyznajemy, że dzieci udały nam się najlepiej 🙂

Co pozostaje człowiekowi, kiedy choroba chce przejąć kontrolę nad jego życiem?
Nie poddawać się,
walczyć,
dostrzegać jasne strony  każdej sytuacji,
cieszyć się drobnostkami,
czerpać radość, z tego co się ma.

Czasami jednak przychodzą chwile słabości, kiedy człowiek chce się poddać. Ogarnia go smutek i bezsens całej tej szarpaniny.
I to jest ciemna strona życia z chorobą.